Wołowski: Dlaczego na końcu zawsze wygrywają Niemcy?

Dlaczego polscy piłkarze nigdy nie wygrali z Niemcami - analizuje w swym felietonie Dariusz Wołowski.

INTERIA.PL zaprasza na relację na żywo z meczu Polska - Niemcy - początek we wtorek o 20.45

Reklama

Zwycięstwo drużyny Franciszka Smudy nad Niemcami byłoby wielkim paradoksem. Dlaczego miałoby się udać jego drużynie, skoro nie udało się tym bez porównania wybitniejszym, z Kazimierzem Deyną i Zbigniewem Bońkiem?

Pragmatyzm, determinacja, odpowiedzialność za wynik i gra na całego, bez względu na rangę spotkania - wszystko to sprawia, że Niemców można pokonać będąc lepszym, nigdy licząc na łut szczęścia, zagapienie, lub lekceważenie. Szczęście rzadko sprzyja zresztą ich rywalom, bo oni zwykle do tego nie dopuszczają. Solidnie zapracowali na słynne zdanie Gary Linekera o prostej grze jedenastu na jedenastu, w której na końcu zawsze to oni wygrywają. Najdoskonalej sprawdzało się to zawsze w przypadku Polaków.

Najbardziej zdyscyplinowani na świecie

Wystarczy spojrzeć na bilans 16 meczów obu drużyn (4 remisy i 12 porażek), by zorientować się, że nie ma w piłce dla Polaków rywala bardziej utrapionego od Niemców. Nasi piłkarze, w chwilach wzlotów potrafili wygrywać z Brazylią, Argentyną, Włochami, Francuzami, Hiszpanami, Holendrami i Anglikami, tymczasem z drużyną niemiecką nigdy. To zrodziło głęboki kompleks, barierę mentalną, która z każdym kolejnym spotkaniem jest trudniejsza do przełamania. Czy gracze Franciszka Smudy mogą dokonać czegoś, czemu nie podołali ich bez porównania wybitniejsi poprzednicy?

Piłkarze z Niemiec uchodzą za najbardziej zdyscyplinowanych w całej światowej czołówce. Odpornych na kryzys, wahania formy, wewnętrzne konflikty. Od 1954 roku na mistrzostwach świata nigdy nie odpadli przed ćwierćfinałem, aż 10 razy stając na podium (w tym trzy razy na jego najwyższym stopniu). Nie jest więc zaskakujące, że kiedy drużyny Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka zdobywały medale mundiali, Niemcy i tak zawsze byli przed Polakami. W 1974 roku na pierwszym miejscu, w 1982 na drugim. Nie było więc wielkiego, piłkarskiego turnieju, na którym polscy piłkarze zaszliby dalej od Niemców. A przecież udało się wyprzedzić Brazylijczyków i Argentyńczyków (1974 i 1982), Holendrów (1982) oraz Włochów (1974), o Anglikach, Hiszpanach i Francuzach nie wspominając.

Zobacz skrót z meczy RFN - Polska z 1974 roku:

Polska nie jest jednak wyjątkiem. Dla wszystkich Niemcy są rywalem utrapionym. Holender Leo Beenhakker mawiał, że pokonania ich możesz być pewien dopiero wtedy, gdy po meczu odjeżdżają swoim autokarem. Są zawsze zorganizowani, odpowiedzialni, silni, nawet w czasach, kiedy mieli słabiej wyszkolonych piłkarzy, potrafili bić się o najwyższe cele. Jak na Euro'96 w Anglii, kiedy po finale z Czechami komentatorzy ogłaszali, że po raz pierwszy kontynent europejski ma tak słabego mistrza. Sześć lat później, na mundial do Japonii i Korei drużyna Rudiego Voellera jechała z jedną gwiazdą (Michael Ballack), tymczasem zatrzymali ją dopiero Brazylijczycy. W finale.

Legendarne starcie na wodzie

Legendę starć Polski z Niemcami tworzył dramatyczny pojedynek na wodzie we Frankfurcie o finał mundialu w RFN. Tak naprawdę 3 lipca 1974 roku to był dzień, w którym reprezentacja Polski zwycięstwa była najbliższa, marnując kilka niewiarygodnych okazji na gole. Sepp Maier wygrał pojedynki z Grzegorzem Lato, Robertem Gadochą i Kazimierzem Kmiecikiem, mecz rozstrzygnął Gerd Mueller - po latach do głębokiego kompleksu Niemca przyznał się Jan Tomaszewski.

Zdaniem polskich kibiców finezyjnym graczom Kazimierza Górskiego zaszkodziła wtedy woda po kostki, ale z pewnością nie pomagała ona Niemcom? Zespół Helmuta Schoena z Maierem, Franzem Beckenbauerem, Paulem Breitnerem, Guenterem Netzerem i Muellerem uważany jest do dziś za najlepszy w historii niemieckiej piłki. Był pierwszym mistrzem Europy, który zdobył potem tytuł mistrza świata. Dopiero ostatnio udało się to też fenomenalnym Hiszpanom.

Do kolejnego wielkiego starcia Polaków z Niemcami doszło już na inaugurację mistrzostw świata w Argentynie. Gole nie padły, choć najbliżej zdobycia go był Kazimierz Deyna. Od 1978 roku piłkarska reprezentacja Polski w pięciu pojedynkach z Niemcami poniosła pięć porażek zdobywając zaledwie jedną bramkę. 31 lat temu strzelił ją Boniek w przegranym spotkaniu we Frankfurcie 1-3. Kolejne porażki były już w zasadzie bezdyskusyjne, Niemcy pozostali na futbolowym szczycie, prestiż polskiej piłki potoczył się na dno przepaści. Dziś obie drużyny dzielą 62 miejsca w rankingu FIFA.

Teraz ambicje mamy zupełnie inne. W ostatnich 30 latach prestiż polskiej piłki spadł na dno przepaści. Marzymy o wyjściu z grupy na Euro 2012, gdybyśmy mieli zespół klasy Górskiego, jako gospodarze moglibyśmy mierzyć w złoty medal. W złoty medal, w który niezmiennie celują Niemcy.

Wotum separatum Smudy

A przecież jeszcze 7 lat temu, po Euro 2004 głośno zrobiło się o zapaści niemieckiej piłki. Klęska z Czechami grającymi w rezerwowym składzie sprawiła, że wicemistrzowie świata przepadli już w grupie uświadamiając sobie, że ich system szkolenia przestał wychowywać graczy wyjątkowych. Kryzys dopadł też kluby Bundesligi, w czołowych zespołach Europy trudno było doszukać się Niemców. Reakcja była natychmiastowa. Federacja niemiecka zmieniła przepisy reformując swój system szkolenia. Każdy klub, który chciał być dopuszczony do rozgrywek w Bundeslidze, musiał spełnić wyśrubowane normy dotyczące sekcji młodzieżowych. Mesut Oezil, Sami Khedira, Thomas Mueller, Jerome Boateng, Mario Goetze - to długa lista wschodzących gwiazd niemieckiej piłki, wychowanych w ostatnim czasie. Chrztem bojowym był dla nich mundial w RPA, na który Niemcy wysłali najmłodszą ekipę od 74 lat. Przywiozła ona z marszu brązowy medal.

I znowu Niemcy mogliby być wzorem dla Polaków, dokonali tego, co powinien, a czego nie potrafi zrobić PZPN. Jeśli wspomni ktoś o podobieństwach drużyny Joachima Loewa i Franciszka Smudy - w obu jest wielu graczy mających korzenie w innych krajach, musi dostrzec fundamentalną różnicę. Loew stawia na graczy pochodzących z Turcji, Ghany, Tunezji, ale urodzonych i wyszkolonych w Niemczech. Tymczasem Smuda szuka graczy o polskich korzeniach ukształtowanych za granicą. Tak naprawdę więc zachowanie naszego selekcjonera jest wotum separatum wobec PZPN i całej polskiej piłki. Jego postawa to najlepszy dowód, że nasz system szkolenia "produkuje" buble.

Polska wciąż w budowie

Dziś w Gdańsku reprezentacja Polski gra z Niemcami po raz 17. Drużyna Loewa rośnie, rozwija się i na Euro 2012 znów będzie wielkim faworytem. Tymczasem zespół Smudy wciąż należy do maluczkich. Na 10 miesięcy przed mistrzostwami Europy Smuda wciąż zmuszony jest do eksperymentów, z Gruzją zadebiutował Eugen Polanski, dziś wieczorem pierwszy mecz gra Damien Perquis. A więc spotyka się zespół skończony, z drużyną w budowie. Gdyby wygrał ten drugi byłby to kompletny paradoks. Dlaczego miałoby się udać drużynie Smudy, coś, co nie udało się tym bez porównania wybitniejszym, z Kazimierzem Deyną i Zbigniewem Bońkiem? Na szczęście dla nas futbol bywa zaskakujący i nie zawsze sprawiedliwy. Szkoda tylko, że w ostatecznym rozrachunku zawsze i tak wygrywają Niemcy.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje