Wlazły: Nie zawsze możemy ryzykować

W tie breaku meczu z USA Mariusz Wlazły po jednym z ataków padł na parkiet. Mimo pomocy lekarzy polskiej ekipy i kolegów z drużyny silne skurcze nie ustępowały. 23-letni atakujący na rękach kolegów został zniesiony z boiska.

Na szczęście po tych dramatycznych chwilach nie ma już śladu i gracz BOT Skry Bełchatów trenuje normalnie i powinien być gotowy na mecze z Japonią.

Reklama

- W Skrze dwa razy miałem równie silne skurcze i wtedy prawdopodobnie wywołał je brak odpowiednich mikroelementów w organizmie, wywołany dużym wysiłkiem. Teraz główną rolę odegrało chyba zmęczenie. Po podróży do Japonii nie mogę się odnaleźć. Ciągle mam kłopoty ze spaniem, jestem zmęczony. I w ciężkim meczu to wszystko się chyba nawarstwiło - tłumaczył Wlazły w "Przeglądzie Sportowym".

Teraz najważniejsze są mecze z Japonią w Poznaniu. Polacy wciąż mają szanse na awans do turnieju finałowego Ligi Światowej. Muszą jednak odrobić 22 punkty straty do liderów Serbii i Czarnogóry.

- Wierzę w awans do turnieju w Moskwie, ale szanse na odrobienie małych punktów nie są duże. Chyba bardziej prawdopodobne jest zwycięstwo USA nad Serbią - stwierdził Wlazły.

Reprezentant Polski jest coraz bardziej zadowolony ze swojej formy.

- Dobrze by było, żebym lepiej zaczynał poszczególne mecze i szybciej się rozkręcał. Mam problem z regularnością, zwłaszcza na zagrywce. Ale przy serwisie mamy spore ograniczenia narzucone przez trenera. Nie zawsze możemy ryzykować - podkreślił atakujący biało-czerwonych.

Przegląd Sportowy/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: USA | mecze | Mariusz Wlazły

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama