Wielkie mecze Widzewa w Warszawie

Widzew wygrał trzy ligowe mecze z Legią na wyjeździe. W dwóch z nich łódzki zespół prowadził trener Franciszek Smuda. Jutro Smuda będzie miał szansę odnieść trzecie zwycięstwo nad Legią w Warszawie.

Dziś, w przeddzień tego spotkania, przypominamy wszystkie trzy zwycięstwa w Warszawie.

Reklama

Pierwszy raz Widzew pokonał w Warszawie Legię 02 maja 1987. Wcześniej w dwunastu rozegranych na Łazienkowskiej pojedynkach Widzew nigdy nie zdobył kompletu punktów. Tamtego dnia było jednak inaczej, łodzianie byli wyraźnie lepsi i wygrali zasłużenie 1:0 po bramce Sławomira Chałaśkiewicza w 79. minucie. Wtedy łodzianie zagrali w składzie: Bolesta, Przybyś, Dziuba, Walczak, Cisek, Kajrys, Iwanicki, Putek, Wraga (73, Szulc), Młynarczyk (59, Gierek), Chałaśkiewicz.

Na kolejne zwycięstwo w Warszawie widzewiakom przyszło czekać do 1996 roku. Wtedy to na cztery kolejki przed końcem ówczesny mistrz Polski i murowany kandydat do obrony tytułu - Legia Warszawa zmierzyła się z młodym, ambitnym zespołem Widzewa. Mimo, że oba zespoły miały podobną ilość punktów, wszyscy eksperci byli przekonani, że gładko wygrają gospodarze. Tylko Łódź wierzyła, że Widzew może wygrać. Pierwsza połowa była zacięta, ale zakończona rezultatem bezbramkowym. Na początku drugiej Legia zdobyła bramkę. Andrzeja Woźniaka pokonał Tomasz Wieszczycki i w tym momencie zapewne niejeden kibic Legii zaczął już świętowanie mistrzostwa. Jak się okazało, przedwcześnie. W 68. minucie wyrównał Marek Koniarek, a siedem minut przed końcem spotkania zwycięskiego gola zdobył Piotr Szarpak. Buta warszawian została ukarana. Kibice Legii nie mogli pogodzić się z porażką... Po meczu zdemolowali swój stadion...

W kolejnym sezonie znowu losy mistrzostwa były rozstrzygane na stadionie przy Łazienkowskiej. Tym razem nauczeni doświadczeniem legioniści trochę ostrożniej podeszli do meczu. Grali już z drużyną, która była bezspornie najsilniejsza w Polsce. Można się pokusić o stwierdzenie, że tak mocnego składu jaki wtedy miał Widzew, nie miał później już żaden polski zespół. Mecz zaczął się znakomicie dla Legii. W 11. minucie podopieczni Mirosława Jabłońskiego strzelili bramkę. Po wrzutce z rzutu rożnego piłkę do siatki skierował Cezary Kucharski. Kolejne bramki padły dopiero w drugiej połowie. Wtedy Widzew ruszył do ataku, a Legia groźnie kontrowała. Po jednej z takich kontr Macieja Szczęsnego pokonał Sylwester Czereszewski. W tym momencie legioniści poczuli się już mistrzami.

Tamten Widzew grał jednak do końca, do ostatniego gwizdka sędziego. Legioniści o tym zapomnieli i zostali za to ukarani. W 86. minucie Sławomir Majak zdobył bramkę kontaktową. Wcale nie popsuło to nastroju na trybunach. Dwie minuty później legioniści zostali jednak rzuceni na kolana. Z lewej strony dośrodkowywał Rafał Siadaczka, dobrze ustawiony Dariusz Gęsior uderzył piłkę głową, tak że ta wpadła do bramki tuż pod poprzeczką. Remis w praktyce dawał mistrzostwo Widzewowi, ale łodzianie nie mieli zamiaru na tym poprzestać. W 90. minucie akcje prawą stroną przeprowadził Dariusz Gęsior, podał piłkę do Andrzeja Michalczuka, który w polu karnym minął Igora Kozioła i strzelił w krótki róg bramki Szamotulskiego, tym samym ostatecznie dobijając Legię. Ten mecz zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego futbolu. Widzewiacy wspominają go do dziś, dla legionistów jest jedynym z największych koszmarów, jakie przeżyli.

Widzew nie odniósł wielu zwycięstw w Warszawie, ale jak widać, jeśli już wygrywał to w wielkim stylu. Po meczu w 1997 roku trener Smuda był noszony na rękach, czy teraz będzie podobnie?

Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | bramki | Franciszek Smuda | mecze | Widzew | Warszawa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje