Twardowski: Jeszcze nie ochłonąłem po tym mistrzostwie

Marek Twardowski, który na węgierskim torze regatowym w Szeged zdobył złoty medal mistrzostw świata w wyścigu na 500 m, przyznał w niedzielnej rozmowie, że nie ochłonął jeszcze po sobotnim sukcesie. Jak podkreślił kajakarz, radość miesza się z żalem.

Historia zatoczyła koło. 20 sierpnia 2006 roku w Szeged został pan mistrzem świata w K1 na 500 m. Po pięciu latach, w tym samym miejscu, stanął pan ponownie na najwyższym stopniu podium. Jak pan świętował ten sukces?

Reklama

Marek Twardowski: Nie miałem na to czasu, chciałem odpocząć, aby w niedzielę dopingować startujących kolegów. Cieszę się ogromnie z kolejnych medali. Poza tym jeszcze nie ochłonąłem po zwycięstwie, nie opadły emocje, za dużo myśli kłębi mi się w głowie. Zgłębiam tajniki tego, co się wydarzyło po tym, jak w 2009 roku wycięto mi prawie dwa metry jelita. Latem doznałem skrętu, niezwykle rzadkiego schorzenia, które powoduje niedrożność jelit i może prowadzić do utraty sprawności.

Obudziłem się z potwornym bólem brzucha. To było coś niespotykanego, nawet lekarze mówili, że nie zdarza się to w młodym wieku. Miałem dwie operacje, rozpruty brzuch, założono 40 szwów. Byłem skrajnie wyczerpany, nie mogłem jeść, pić, schudłem prawie 20 kilogramów. Dwa miesiące leżałem w szpitalu. Wyszedłem tuż przed swoimi 30. urodzinami. Najgorsza była diagnoza lekarzy: koniec z kajakami. Mówili krótko: nie ma powrotu do sportu. Z prawdziwego szczytu spadłem na samo dno. Jeszcze rok wcześniej byłem chorążym ekipy na igrzyskach w Pekinie. Pomyślałem, że nie może się to tak skończyć, że jeszcze nie teraz. Niech mnie pokona zawodnik, a nie choroba.

Była więc wiara, nadzieja i miłość...

- Tak, bardzo trafne ujęcie. Nie wiem tylko, w jakiej ułożyć to kolejności, bo gdyby nie miłość do tego sportu, nie miałbym tylu medali. Ten sobotni jest 35. medalem mistrzostw świata i Europy w różnych kategoriach wiekowych, jakie zdobyłem w piętnastoletniej karierze. Nadzieja i wiara muszą iść w parze. Gdy prawie wszyscy przestali wierzyć, że wsiądę jeszcze do kajaka, i mówili mi, zapomnij o wiosłowaniu, moje odwrotne przekonanie nabierało mocy. Przed startem nie mogłem usnąć, utwierdzałem się w nadziei, że cuda się zdarzają. Mówiłem sobie: musisz wygrać, i to zdecydowanie, by pokazać, że wróciłeś na dobre.

W pana radości odczuwa się nutkę żalu?

- Nie zaprzeczę, bo faktycznie, radość miesza się z żalem. Czy mówić teraz o tym? Chciałbym ten wątek pominąć, chociaż on ciągle wraca. Mam żal do tych osób, które mogły mi pomóc, a nie pomogły.

Jak pan sądzi, dlaczego nie chciały pomóc?

- Bo może nie widziały interesu. Dla nich Twardowski był już historią. Po wielu kontuzjach i skręcie jelit, kajakarstwo stało się moim hobby, moją prywatną sprawą. Kto chce wspierać fanatyków? Za swoje, odłożone w minionych latach pieniądze, kontynuowałem jednak karierę. Kupowałem m.in. odżywki, płaciłem za paliwo do motorówki, aby trener był przy mnie.

Ale chyba ma pan też komu dziękować?

- Oczywiście! Największy udział w tym złotym medalu ma trener Andrzej Siemion, z którym związany jestem od juniora, podobnie jak z lekarzem polskiego związku Andrzejem Rakowskim. To on pilotował wszystkie moje sprawy medyczne. To on po konsultacjach w swoim środowisku zdecydował, że można i warto zaryzykować, dając mi zgodę na start w mistrzostwach. Na początku tego roku przeniosłem się do białostockiej Cresovii, która mnie wspiera, ale nadal mieszkam w Augustowie, gdzie w klubie Sparta zaczęła się, dość przypadkowo, moja przygoda z kajakarstwem.

Przypadkowo?

- W szkole grałem w piłkę ręczną, koszykówkę, startowałem w biegach lekkoatletycznych. Ciągnęło mnie do rywalizacji. Od wody trzymałem się jednak z daleka, bałem się jej. Na widok jeziora strach mnie oblatywał. Wzięło się to z dzieciństwa, gdy ze starszym o trzy lata bratem Tadziem, poszedłem na staw i podkusiło mnie, by łamać stopami zalegający na nim lód. Powłoka pękła, ja wpadłem do wody, a że nie miałem jeszcze 5 lat, to nie umiałem pływać. Na szczęście brat wyciągnął mnie jakoś.

Gdy więc klubowym zwyczajem Sparty trener Sławomir Aleszczyk zawitał do naszej klasy, by szukać kandydatów do kajakarstwa, najpierw gorąco zapaliłem się do tego pomysłu. Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem jezioro. Ze ściśniętym gardłem wsiadłem do kajaka. Poszedłem na następny trening, potem kolejny w tajemnicy przed rodzicami, którzy za nic na świecie nie zgodziliby się, abym został kajakarzem. Gdy wracałem z zajęć mokre rzeczy chowałem po domowych zakamarkach, czasami nawet do szafy. Sprawa się wydała, kiedy na obóz letni trzeba było mieć zgodę rodziców.

Jest pan mistrzem świata, ale nie w konkurencji olimpijskiej?

- Niebawem, wraz z trenerem, pomyślę o londyńskich igrzyskach, choć one chodzą mi po głowie od Pekinu. Pod uwagę biorę dwie konkurencje - K1 albo K2 na 200 lub 1000 m. W maju przyszłego roku kwalifikacje olimpijskie będą w Poznaniu.

Rozmawiał: Janusz Kalinowski

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje