Triple-double Jasona Kidda

Kolejna wygrana New Jersey Nets to jeszcze raz zasługa Jasona Kidda. Tym razem kreator gry Nets zaliczył triple-double, zdobywając 31 punktów, 10 asyst i 10 zbiórek. Tym samym Kidd dokonał tego po raz 43. w karierze.

Dla Nets pokonanie Toronto Raptors, mimo usilnych starań, by tak się nie stało ze strony Vince'a Cartera (26 pkt), było siódmą już z rzędu wygraną we własnej hali.

Reklama

18 stycznia oba zespoły zmierzyły się w Air Canada Centre w Toronto i wówczas lepsi byli Raptors (89:77), ale i wtedy bardzo dobre spotkanie rozegrał Kidd. Tym razem jednak przeszedł samego siebie, brylując na parkiecie Continental Airlines Arena. Nic więc dziwnego, że Kidd zaliczył drugie z rzędu triple-double, a piąte w tym sezonie, co jest oczywiście rekordem tegorocznych rozgrywek NBA.

Zresztą dzięki zdobyczom na Raptors Jason Kidd przeskoczył w tabeli wszech czasów Fata Levera i zajmuje 5. miejsce, jeśli chodzi o liczbę triple-double w NBA. Jednak najważniejszy dla Kidda był mecz przeciwko Raptors. To właśnie on dał Nets dziewięć punktów z rzędu i prowadzenie 94:91.

W Delta Center w Salt Lake City żaden z zespołow nie zdobył przewagi większej niż 8 punktów. Długi czas mecz był bardzo wyrównany, ale zwycięstwo zapisane zostało po stronie Jazz, a wszystko to za sprawą layupu Johna Stocktona w końcówce, który w ten sposób ukoronował swoją doskonałą postawę w tym meczu. Jazz w tym sezonie pokonali już trzy razy Blazers w czterech konfrontacjach tych zespołów.

W Gund Arena koszykarze Detroit prowadzili już 20 punktami, ale zryw Cavs pozwolił miejscowym zmniejszyć straty. Nie na tyle jednak, by wygrać spotkanie. Zresztą nie pozwoliłby na to Jerry Stackhouse, który z 23 punkami na koncie przewodził sześciu aż graczom Pistons z dorobkiem 10 i więcej punktów w tym spotkaniu. 14 "oczek" zaliczył debiutant Pistons, Zeljko Rebraca, a dla jego zespołu było to piąte zwycięstwo w sześciu ostatnich konfrontacjach w NBA.

Mimo że Allen Iverson fatalnie pudłował, trafiając co trzeci rzut, to jednak jego 76ers pokonali na wyjeździe Bucks. jednak decydujące dla losów meczu były właśnie jego trzy trafienia z pięciu ostatnich prób.

Dla Bulls wygranie z którąś z ekip Zachodu i to na jej parkiecie to prawdziwy prezent. Tak było w Seattle. W niecodziennych okolicznościach. Oto bowiem w czwartej kwarcie meczu Bulls odrobili 13-punktowy deficyt, notując w tej odsłonie aż 41 punktów i 6 trafień z dystansu. Tym samym Bulls przerwali pasmo 25 kolejnych porażek wyjazdowych z ekipami Zachodu, które trwało od 6 lutego 1999 roku.

Zobacz wyniki meczów z 2 lutego

Dowiedz się więcej na temat: New Jersey | toronto | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje