Trener Sikory załamany: Nie wiem, co będzie

W biathlonie trzeba mieć szczęście. Tego właśnie zabrakło w niedzielę Tomaszowi Sikorze, który w olimpijskim sprincie uplasował się na 29. pozycji. Do biegu na dochodzenie wystartuje ponad dwie minuty za Francuzem Vincentem Jayem.

"Nie wiem co teraz będzie" - skomentował załamany trener Roman Bondaruk.

Reklama

Przygotowanie fizyczne, koncentracja, dobra postawa na pierwszym strzelaniu - wszystko układało się znakomicie. Do czasu kiedy nie spadł gęsty śnieg. Sikorę dopadł w połowie trasy. Nie było szans, by pokonać pogodę. Nie powinno zatem dziwić, że doszło do sensacyjnych rozstrzygnięć. Triumfował mało znany Francuz Jay, a na trzecim miejscu znalazł się Chorwat Jakov Fak. Tylko drugi Norweg Emil Hegle Svendsen typowany był wcześniej na kandydata do medalu.

"Nikt nigdy w życiu nie postawiłby na takie podium. Siódmy był nawet Słowak Pavol Hurajt, który parę dni temu przegrał z Tomkiem minutę na sprawdzianie. Niestety... Na pogodę nie mamy wpływu" - powiedział Bondaruk.

Teraz czeka Sikorę trudne zadanie. Z 29. miejsca będzie musiał przedzierać się do czołówki we wtorkowym biegu na dochodzenie. Strata do lidera wynosi ponad dwie minuty.

"Nie wiem co będzie. To jest naprawdę odległa lokata na jakiekolwiek ataki. Żeby przynajmniej wszedł do piętnastki. To i tak już będzie sukces. Najważniejsze, by załapać się na bieg masowy, do którego awansuje trzydziestka najlepszych ze wszystkich startów" - zaznaczył.

Sikora od początku nie ma szczęścia w Whistler. Najpierw nabawił się przeziębienia, potem został zaproszony na dwie kontrole antydopingowe, w których musiał oddać sporą dawkę krwi.

"Jak mu w sobotę zmierzyliśmy hemoglobinę nie wyglądało to najlepiej. Z siedemnastu spadła na piętnaście. Na trasie jednak nie było nic widać. Fizycznie wszystko zagrało jak powinno. Nawet początek trochę sobie Tomek odpuścił, bo chciał zaatakować po drugim strzelaniu. Zaczął ostrożnie, by zachować rezerwy sił, ale śnieg wszystko zniweczył" - skomentował Bondaruk.

Trasy były do tego stopnia zasypane, że zawodnicy nawet na zjazdach musieli odpychać się kijkami. "Czegoś takiego dawno nie widziałem. Jak padał na początku deszcz, to przynajmniej narty szły" - dodał.

Wicemistrz olimpijski z Turynu nie miał też szczęścia w losowaniu numerów. Po sprawdzeniu prognozy pogody, która mówiła, że opady mogą być, ale dopiero po 12.00 czasu miejscowego, zdecydowali się z trenerem na zgłoszenie go w pierwszej grupie.

"I co z tego jak został wylosowany jako przedostatni? Gdyby startował na początku wszystko mogłoby inaczej wyglądać. Ci zawodnicy mieli idealne warunki i na metę dotarli jeszcze zanim zaczął padać śnieg. Tomek na jednym okrążeniu przegrał 40 sekund. To jest przecież niemożliwe" - ocenił Bondaruk.

A strzelanie? "O czym my mówimy. Na tym drugim to ja tarczy nawet przez lornetkę nie widziałem. Chciałem zobaczyć gdzie strzela. Bez szans" - dodał.

Jedynym pozytywnym elementem jest fakt, że kolejny start już za dwa dni.

"Im szybciej tym lepiej. Myślę, że psychicznie wszystko z Tomkiem jest ok, bo przecież zdaje sobie sprawę z tego, że przegrał z pogodą, a do zawodów jest dobrze przygotowany" - zaznaczył Bondaruk.

Sikora kolejny start, na 12,5 km na dochodzenie ma we wtorek o godz. 21.45 czasu polskiego. W niedzielę sensacyjnie triumfował Francuz Vincent Jay, drugi był Norweg Emil Hegle Svendsen, a trzeci Chorwat Jakov Fak. Najlepszy biathlonista w historii Norweg Ole Einar Bjoerndalen zajął 17. lokatę.

CZYTAJ TAKŻE:

Tomasz Sikora zawalił strzelanie

Tomasz Sikora: Medale rozdała pogoda

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Norweg | strzelanie | śnieg | dochodzenie | sikora | Tomasz Sikora - Vancouver 2010

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje