Trener Mai: Wykręcili nam numer

- Cały sezon podporządkowaliśmy igrzyskom olimpijskim. To przyniosło spodziewane rezultaty - podkreślił trener srebrnej medalistki w kolarstwie górskim Mai Włoszczowskiej - Andrzej Piątek.

"W tym roku odpuściliśmy inne starty. Podporządkowaliśmy plan treningów i występów wyłącznie igrzyskom olimpijskim. Zaowocowało to niską lokatą Mai w rankingu, ale wiedziałem, że startując z drugiej linii wiele nie straci" - wyjaśnił Piątek.

Reklama

"Spodziewałem się tego medalu. Statystycznie nie było na niego szans, bowiem Maja nie stawała ostatnio w Pucharze Świata na podium. Wiedziałem jednak, że jesteśmy lepiej przygotowani niż przed mistrzostwami świata, gdzie była piąta. Miała doskonałe wyniki badań" - dodał trener, który z Włoszczowską pracuje od 2003 roku.

"Występowi na igrzyskach podporządkowałam ostatnie sześć lat życia. Dwa lata szykowałam się do igrzysk w Atenach, a resztę - do startu w Pekinie. Cztery lata temu byłam szósta, tym razem druga. Zrobiliśmy wszystko na co nas stać. Choć ostatnie dwa lata nie były dla mnie najlepsze, to widać, że w okresie bezpośrednio przed najważniejszym startem wszystko udało się zrobić doskonale" - potwierdziła Włoszczowska.

Wyjaśniając plan taktyczny ustalony dla srebrnej medalistki trener Piątek podkreślił, że miała jak najszybciej przebić się do czołówki, kontrolować sytuację. Najważniejsze było jechać swoim tempem i walczyć o medal.

"W stosunku do ubiegłorocznych zawodów kontrolnych trasa zmieniła się na znacznie trudniejszą, bardziej techniczną. Nie ma na niej właściwie odcinka, poza prostą startową, gdzie można odpocząć. Odpowiednio się jednak przygotowaliśmy - przede wszystkim dużo trenowaliśmy na szosie" - powiedział trener.

Piątek nie mógł się nachwalić pracy mechaników, dzięki którym rowery były doskonale przygotowane do startu.

"Od lat jeździmy na scottach - to rowery z najwyższej półki światowej. Grześ Dziadowiec i Hubert Grzebinoga dopracowali je tak, że ważył 8,7 kg. To prawdziwe mistrzostwo świata, bowiem ta waga ma kluczowe znacznie. Przed igrzyskami trenowaliśmy na rowerach o pół kilo cięższych. W kolarstwie górskim nie ma dolnej granicy, więc można je jeszcze bardziej odchudzić. Koszt takiego roweru, bez "robocizny", to około 20 tysięcy złotych. My jednak nie płacimy - mamy od tego sponsorów" - wyjaśnił.

Mimo zdobycia krążka trener podkreślał, że organizatorzy zachowali się bardzo nie fair przenosząc finał na inny dzień i inną godzinę. Jak wyjaśnił, to on oraz trener późniejszej złotej medalistki Sabine Spitz, protestowali najgłośniej. Występ ich podopiecznych pokazał, że dobrze przygotowanym zawodniczkom takie zmiany nie przeszkadzają.

"Tak się nie robi. Nie widziałem tego nawet na zawodach niższej rangi. Zmiana dnia, to nie było nic strasznego, ale zmiana godziny była groźna. Przez ostatni miesiąc, w hotelu Szarotka w Zieleńcu, przestawiliśmy sobie dobę praktycznie na pekiński czas i trenowaliśmy o tej samej godzinie, o której miał się odbyć wyścig. Wszystko było ułożone pod ten jeden start, a organizatorzy wykręcili nam numer. Nie chcę się domyślać czemu" - powiedział Piątek.

"W naszej ekipie było z tego powodu lekkie poruszenie. Po powrocie z odprawy technicznej powiedziałem zawodnikom - nie ma się czym stresować, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jesteśmy dobrze przygotowani i robimy swoje. Okazało się, że miałem rację. Nie tylko Maja, ale i Ola Dawidowicz pojechała świetnie" - dodał.

Trener Piątek zapewnił, że przed Włoszczowską jeszcze wiele lat startów i sukcesów.

"Majka ma dopiero 25 lat. O ile tylko będzie chciała, może się ścigać jeszcze przynajmniej dwie olimpiady. Na razie kolarstwo ją bawi i daje dużo przyjemności" - powiedział.

Szkoleniowiec chciał również poprzez media podziękować sztabowi ludzi, którzy wspólnie pracowali na sukces.

"Dziękuję wszystkim, którzy nas wspierali. Podkreślić chcę trzy osoby, które współpracują ze mną w zasadzie od początku - od stycznia 1999 roku. To masażysta Mariusz Rajzer, nie tylko fizjoterapeuta, ale i psycholog dla zawodników. Grześ Dziadowiec - mój asystent i złota rączka oraz mechanik Hubert Grzebinoga. Bez tych ludzi nie byłoby tego wyniku" - zapewnił.

Włoszczowska nie może liczyć na wypoczynek po igrzyskach. Prosto z Pekinu ma lecieć na zawody Pucharu Świata do Australii. Niewykluczone, że władze polskiego kolarstwa zmienią plany i będą chciały zabrać zawodniczkę do Polski.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje