Szaleństwo za 2,5 miliarda dolarów

"Marcowe Szaleństwo", coroczny turniej z udziałem 64 najlepszych koszykarskich drużyn uniwersyteckich, będzie kosztować miliony Amerykanów nie tylko stracone nerwy, a zespoły stracone marzenia o tytule.

Jak obliczyła chicagowska firma Challenger, Gray&Christmas, zajmująca się oceną produktywności zakładów pracy, turniej będzie kosztował przeciętego amerykańskiego pracodawcę przynajmniej 87 milionów dolarów (ogólnie ponad 1,2 miliarda) straconych przez pracowników, którzy zamiast zajmować się tym, za co mają płacone, wypełniają namiętnie tabelki z wynikami i porównują je z przyjętymi w firmie zakładami . Jeśli do tego dodamy fakt, że przyjmowanie jakichkolwiek zakładów jest w USA nielegalne, łatwo dojść do wniosku, że przez następne trzy tygodnie, czyli okres trwania NCAA Tournament, amerykański biznes będzie w rękach kryminalistów?

Reklama

Zakłady za 2,5 miliarda

Zdaniem bukmacherów z Las Vegas - oraz nieoficjalnych danych przedstawionych przed trzema laty przez FBI - w ciągu trzech tygodni trwania turnieju na zakłady zostanie wydane nie mniej niż 2,5 miliarda dolarów. Wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę, a szczególnie CBS, stacja telewizyjna, która wykupiła prawa do pokazywania March Madness do 2013 roku za ponad... 10 miliardów dolarów. Już teraz wiadomo, że był to doskonały interes, bo wpływy reklamowe zrekompensowały ten wydatek, a CBS wykorzystała dodatkowo potęgę internetu transmitując przeplatane reklamami na żywo mecze, którego każdego dnia - w pracy! - oglądać będzie nie mniej niż 300 tysięcy fanów koszykówki. Dla ułatwienia udawania przed szefem, że się ciężko pracuje, na dole strony, gdzie można oglądać spotkania March Madness, jest przycisk "BOSS", który błyskawicznie zamienia ekran wypełniony koszykówką na... poważnie wyglądające tabele finansowe.

Kto wygra w Atlancie?

W odróżnieniu od poprzednich lat, kiedy do Finałowej Czwórki potrafiły awansować zespoły o których nikt - poza fanatykami uniwersyteckiego basketu - nie słyszał, w tym roku niespodzianek ma być mniej. Przede wszystkim dlatego, że tych zespołów mających nie tylko aspiracje, ale i realne szanse zdobycia mistrzostwa jest więcej. Oto krótki przegląd najpoważniejszych kandydatów do świętowania w Atlancie:

1. Florida Gators. Nigdy nie wolno lekceważyć szans zespołu, który broni tytułu - zwłaszcza Florydy, która będzie miała na parkiecie prawie identyczny skład z tym, który zdobywał tytuł w roku ubiegłym. Co prawda finisz sezonu zasadniczego nie wyszedł Gators najlepiej, ale forma jaką pokazali w turnieju końcowym plus wszechstronność Joakima Noaha czyni z tej drużyny jednego z głównych faworytów do tytułu.

2. Teksas Longhorns. Kevin Durant już dziś może być uznawany za jednego z najlepszych graczy uniwersyteckich w historii. Nie ma drużyny w tym turnieju, której Durant nie jest w stanie rzucić przynajmniej 25 punktów (większości dziesięć więcej). I sama jego obecność w drużynie z Teksasu jest zmorą dla trenera rywali. Jeśli dodamy do tego rozwój talentu D.J. Augustina czy A.J. Abramsa, Longhorns muszą być brani pod uwagę w walce o mistrzostwo NCAA.

3. Ohio State Buckeyes. Greg Oden jest na liście życzeń wszystkich drużyn NBA, bo centrów wśród zawodowców jak na lekarstwo, Mike Conley Jr. potrafi zdobywać punkty z każdej pozycji, a Ohio State - poza Kansas - jest jedyną drużyną, która przystępuje do turnieju grając najlepszą koszykówkę w najważniejszej części sezonu.

4. Kansas Jayhawks. Najlepsza ławka rezerwowych w turnieju, najbardziej wszechstronni koszykarze i twardość w grze, która na pewno przyda się podczas "Marcowego Szaleństwa". Od początku sezonu Jayhawks byli budowani jak zespół, który może sobie pozwolić na słabszą formę nawet dwóch podstawowych koszykarze, a i tak wygrać mecz z zespołem z pierwszej dziesiątki rankingu. Jeśli dodamy do tego motywację za wpadki w dwóch poprzednich latach, Kansas i trener Bill Self nie zaskoczą nikogo wygrywając cały turniej.

5. UCLA Bruins. Po turnieju kończącym sezon zasadniczy, UCLA straciła rozstawienie z numerem pierwszym, ale nikogo w Kalifornii to nie zasmuciło, bo zespół przez cały sezon walczył z przeciwnościami, mając za rywali najsilniejszych rywali ze wszystkich zespołów finałowej 64. Dodatkowo komisja wybierająca zespoły potraktowała University of California Los Angeles bardzo przyzwoicie, pozwalając zespołowi grać w swoim stanie (i mieć za sobą fanatycznych kibiców), aż do meczów Finałowej Czwórki.

6. Georgetown Hoyas. W najsilniejszej uniwersyteckiej grupie rozgrywkowej sezonu zasadniczego (Big East) nie było drużyny lepszej od Georgetown i już ten fakt wystawia drużynie znakomite świadectwo. Jeśli dodamy do tego zespół nie mający tylko jednej gwiazdy, ale pięciu, sześciu bardzo dobrych koszykarzy plus wygrane w 15 z ostatnich 16 meczów, wynik inny niż przynajmniej awans do pierwszej czwórki byłby dla Hoyas wielkim rozczarowaniem.

7. North Carolina Tar Heels. Drużyna legendarnego Roya Williamsa przeszła przez sezon zasadniczy z dorobkiem 27 zwycięstw i tylko sześciu porażek, tylko kilkakrotnie grając poniżej swoich możliwości i talentów zebranych tam koszykarzy. Największy test czeka Tar Heels, przed wejściem do Final Four, gdzie ich spodziewanym rywalem będą koszykarze z Teksasu.

Przemek Garczarczyk

Dowiedz się więcej na temat: zespoły | koszykarze | turniej

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje