Sonik: Po Dakarze spodziewam się krwi, potu i łez

- Jeśli sobie zadaję pytanie dlaczego nasi piłkarze nie są asami, to odpowiadam, że nie są dlatego, iż nie trafiają do tego sportu ludzie z charakterem i determinacją. To jest smutne. Widoczny jest rodzaj selekcji negatywnej. Ta selekcja ma coś wspólnego z chęcią bycia w mediach, ze zmianą fryzur, z lansem - analizuje najlepszy quadowiec świata, Rafał Sonik.

INTERIA.PL: 26 grudnia wyjeżdża pan na rajd Dakar 2011. Zaczął się już pan baczniej przyglądać mapie Ameryki Południowej?

Reklama

Rafał Sonik, jeden z najlepszych quadowców na świecie: Właśnie zupełnie nie i nie chciałbym tego robić, ponieważ słyszałem przerażające rzeczy o tegorocznej trasie. Jacek Czachor i Krzysztof Hołowczyc mówili mi, że trasa ma być makabryczna. Nie chcę tego słuchać, bo to i tak nic nie zmieni: ani nie powiem, że nie jadę, bo się boję, ani nie powiem, że będzie fajnie. Po prostu trzeba jej stawić czoła. Umówiłem się z kolegami z dwóch teamów samochodowych, że dadzą mi materiały już przed samym rajdem. Gdybym teraz zaczął skupiać się na trasie, zacząłbym się też niepokoić, wpłynęłoby to na moją psychikę. A tak, odsuwam od siebie tę wiedzę. Przygotowuję się ze świadomością, że mamy przejechać taki sam Dakar jak rok, czy dwa lata temu. Że skala trudności jest podobna do moich umiejętności, a nawet jest z nimi trochę lepiej. Mam za sobą cały sezon, wszystkie etapy w Pucharze Świata.

To dla pana trzeci Dakar. Nie pomyślał sobie pan w połowie roku: "Chłopie, daj sobie spokój"?

- Wręcz przeciwnie. Każdego dnia spotykam ludzi, którzy mówią, że też by pojechali. Ja się czuję nie tylko Rafałem Sonikiem, ale w jakiejś tam cząstce każdą z tych osób i realizuję marzenia, których inni nie są w stanie zrealizować. Poza tym - jak mówi Hołek - Dakar kiedyś trzeba wygrać.

Czyli ciągle jest to dla pana wyzywanie?

- Jadę na ten rajd jeszcze bardziej umotywowany. Stałem się członkiem Orlen Teamu. Jestem pierwszym quadowcem, który staje się synonimem profesjonalizmu na najwyższym światowym poziomie, a co za tym idzie jestem pierwszym quadowcem, który ma strategicznego sponsora. To pierwszy tego typu przypadek w Polsce. Nie startuję jako facet z nikąd, ale jestem znany na Dakarze, liczą się ze mną. No i jestem tegorocznym zdobywcą Pucharu Świata.

Czego się pan spodziewa po tym rajdzie?

- Krwi, potu i łez. Krwi, bo zawsze coś się zdarzy, oby nic wielkiego. Potu, bo Dakar to przede wszystkim ogromny wysiłek i nieprzespane noce. No i łez, mam nadzieję, łez szczęścia na mecie.

Czy Rafał Sonik w życiu prywatnym, w życiu biznesowym, jest tak samo nieustępliwy jak na trasie?

- Tego nie mogę stwierdzić sam, ale wiele osób, przystępując do negocjacji, właśnie za takiego mnie uważa. To ciekawe, bo wcale nie mam o sobie takiego zdania.

Interesuje się pan innymi dyscyplinami, poza sportem motorowym?

- Oczywiście, że się interesuję, bo tego nauczyli mnie rodzice.

Polscy piłkarze są przepłacani? Pytam pana jako sportowca i biznesmena.

- Zastanawiam się co się dzieje, że jesteśmy w ogonie i uważam, że w Polsce sport jest ciągle pół-profesjonalny. Mamy taka cechę, że robimy coś w sporcie i kilku innych dziedzinach naraz. A takim dyscyplinom jak piłka nożna trzeba się absolutnie poświęcić. Jeśli sobie zadaję pytanie dlaczego nasi piłkarze nie są asami, to odpowiadam, że nie są dlatego, iż nie trafiają do tego sportu ludzie z charakterem i determinacją. To jest smutne. Widoczny jest rodzaj selekcji negatywnej. Ta selekcja ma coś wspólnego z chęcią bycia w mediach, ze zmianą fryzur, z lansem.

Pokażcie mi charakterystyczną fryzurę Roberta Korzeniowskiego, Justyny Kowalczyk, aby Adama Małysza? A wielu ludzi o naszych piłkarzach, czyli w skali światowej trzecioligowych, mówi o tym jakie mieli fryzury, jakie tatuaże i jakie zakładali jasny. Wizerunek polskiej piłki psuje lans, do którego dąży wielu piłkarzy. Uważają, że jak grają w lidze to za chwilę będą bogaci, a później sławni i to im przesłania wiele innych aspektów. Choć mam oczywiście bardzo dobre zdanie o indywidualnościach w polskiej piłce: Włodzimierzu Lubańskim, Grzegorzu Lacie, czy Zbigniewie Bońku. Ostatnim fantastycznym przykładem polskiego piłkarza był Jerzy Dudek.

Jest pan krakowianinem, więc Wisła czy Cracovia?

- Sercem Cracovia, rozumem Wisła. Cracovia, bo byłem jej kolarzem na początku lat osiemdziesiątych. Teraz codziennie do pracy przejeżdżam obok stadionu Pasów. Ale rozumem Wisła, bo jej zaplecze jest większe. Mam też wrażenie, że determinacja i zaangażowania sponsorów są trochę różne, a więc i cele sportowe są inne.

Do pana, jako człowieka biznesu, zgłaszają się klubu sportowe?

- Dostawałem propozycję sponsoringu we wszystkich możliwych dyscyplinach. Ale to nie jest kierunek mojego działania. Dla mnie ważniejszym celem jest działanie z dziećmi i młodzieżą i tutaj jestem zaangażowany na wiele, wiele milionów złotych. To zaspokaja moje ambicje jako przedsiębiorcy. To dla mnie powód do dumy. Żadna z moich firm nie ma potrzeby angażowania się w sport masowy.

Żal trochę, że nie ma toru kolarskiego w Krakowie?

- Jest w Pruszkowie.

Trochę daleko.

- Lepiej w Pruszkowie niż - tak jak w przypadku toru motocyklowego - w Brnie. Bo ja jestem też zapalonym motocyklistą. Praktycznie od dziecka, bo zanim miałem jakiekolwiek uprawnienia, już miałem motocykl. Jeżdżę nałogowo. Kiedy tylko mogę jadę w Alpy. Mam kilka ścigaczy: yamahę, ducati, hondę... Gdybym musiał zrezygnować z tych wyjazdów w Alpy, czułbym się jakbym stracił kogoś z bliskiej rodziny.

Rozmawiał: Łukasz Mordarski

Rafał Sonik,

Krakowski kierowca rajdowy jeżdżący na quadzie, w sierpniu 2010 r. w Brazylii (rajd Dos Sertoes) zapewnił sobie triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W 2010 roku był 5. w Rajdzie Dakar, a w 2009 r. - trzeci.

Dowiedz się więcej na temat: Rajd Dakar | Cracovia | Wisła Kraków

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje