Sezon ruszył, Michael wrócił

Michael Jordan po raz drugi w ciągu swej kariery wrócił do NBA. Ale czy takiego powrotu oczekiwali koszykarscy fani, śledzący w Madison Square Garden starcie miejscowych Knicks z Washington Wizards?

"Czarodzieje" polegli 91:93, lecz kibice na pewno zapomnieliby, że Jordan podczas 37-minutowego pobytu na parkiecie trafiał tylko co trzeci rzut (7/21 i w sumie 19 oczek), gdyby nie chybił ostatniego rzutu zza łuku 7,24 metra, na 18 sekund przed końcową syreną, który mógł przy stanie 91:88 dla gospodarzy dać ekipie Douga Collinsa dogrywkę.

Reklama

- Różnica tkwi w tym, że ja jestem trochę starszy, moja drużyna jest nieco inna, a i wynik mniej korzystny - zdobył się Jordan na szczere porównianie swego występu do ostatniej oficjalnej gry wśród zawodowców niemal 40 miesięcy temu.

- To jest młoda drużyna i mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. No cóż, a moje rzuty były dziś zbyt krótkie i za płaskie - dodał z pokorą "Air", który swe punktowe statystyki okrasił sześcioma asystami, pięcioma zbiórkami i czterema przechwytami.

- Cały czas staraliśmy się go podwajać, by nie miał swobody przy rzutach - zdradził sekret skutecznej defensywy przeciw 38-latkowi najskuteczniejszy snajper wśród zwycięzców, Latrell Sprewell, który zaaplikował Wizards 28 punktów.

Znakomicie rozpoczął się 56. sezon NBA dla koszykarzy Orlando Magic. "Magicy" pokonali bowiem w swej TD Waterhouse Center innych pretendentów do triumfu na Wschodzie - Toronto Raptrors - aż 114:85.

Dla coacha gospodarzy Doca Riversa najważniejszy był udany powrót na parkiet największego pechowca ubiegłego sezonu Granta Hilla. Rekonwalescent zakończył zawody z dorobkiem 22 punktów, a o "oczko" więcej na konto gospodarzy zapisał Tracy McGrady.

Fatalnie natomiast wizytę na Florydzie, gdzie nota bene się wychowywał, wspominał będzie lider ekipy kanadyjskiej, Vince Carter. Nie dość, że pudłował niemiłosiernie (tylko 2/14 z akcji), to jeszcze boleśnie potłukł sobie kolano w kolizji z Horace Grantem pod koniec II kwarty. W III odsłonie Carter przekuśtykał 4 minuty, a w finałowej nie pojawił się na parkiecie, kończąc mecz z dorobkiem 11 punktów.

Shaquille O`Neal pospołu z Kobe Bryantem postarali się by Los Angeles Lakers efektownie rozpoczęli walkę o obronę tytułu mistrzowskiego. Gwiazdorzy solidarnie wrzucili po 29 punktów i gracze Phila Jackosna odprawili ze Staples Center Portland Trail Blazers 98:87. Shaq nie zważając na pobolewania dużego palca stopy, który doskwiera mu od gier przedsezonowych, skolekcjonawał jeszcze 18 zbiórek i 5 bloków. - Jesteśmy dużo lepszym zespołem niż na starcie zeszłego sezonu. Potencjalnie mamy szanse być lepsi niż kiedykolwiek - mówił buńczucznie Bryant. Nowy coach ekipy z Oregonu Maurice Checks musi sobie odpowiedzieć szybko na kilka pytań. Po pierwsze czy wreszcie dać sobie spokój ze Scottie Pippenem, który w 33-minutowym meldunku na parkiecie uciułał raptem 2 oczka. Cieszy natomiast aklimatyzacja w nowym otoczeniu Dereka Andersona. Pozyskany z San Antonio rzucający obrońca zdobył 17 punktów.

Zobacz wyniki meczów i zdobywców punktów z 30.10

Dowiedz się więcej na temat: wroc | starcie | Washington Wizards | NBA | Jordan | Michael

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje