Rudzki: Latający cyrk delegata

Echa meczu Legia - Jagiellonia, rozgrywanie którego delegat PZPN zablokował na pół godziny nie milkną.

Spotyka się dwóch gości. - Czym się zajmujesz? - pyta pierwszy. - Zdejumję flagi na meczach - odpowiada z dumą drugi. - A poważnie? - Ale ja poważnie...

Reklama

Na początek powiem jasno: żadna robota nie hańbi. Są prace głupsze i mądrzejsze. Mam kumpla, który zasypywał kiedyś dołki po koniach na wyścigach w Anglii. Dołki co się robią od kopyt. Strasznie to głupie zajęcie, wiem, bo przez jeden dzień go zastępowałem. Był to oczywiście ostatni raz. Płaca najmarniejsza z marnych, tor ciągnie się po horyzont, wokół ciebie sami Hindusi, i tylko dziury w ziemi. Tak samo słabo widoczne w trawie, jak flaga kibiców Jagiellonii na płocie stadionu przy Łazienkowskiej.

Andrzej Tomaszewski, delegat PZPN, ściąga flagi. To nie hobby, to poważna praca. Pan Andrzej kontynuuje krajowe tournee. Białystok, Łódź, Gdańsk, wreszcie - Warszawa. Z tajną księgą zakazanych symboli przemierza Polskę i ściga złych ludzi. Rasistów i antykomunistów. przerywa mecze, nawet, gdy tysiące ludzi marznie.

Akurat w stolicy, podczas meczu Legii z Jagiellonią, osiągnął efekt odwrotny do zamierzonego. Przecież nikt nie wiedział nawet, o jaką flagę mu chodzi. Miała chyba metr na metr wielkości. A gdy już nakazał ją ściągnąć, przepraszam, zakryć bramką owiniętą płachtą (absurd goni absurd) - wszyscy się dowiedzieli. I zobaczyli czerwoną pięść.

Przez chwilę pomyślałem, że porządkowi będą z tą bramką biegać. Flaga w bok - bramka w bok, flaga w górę - bramka też do góry. Przypomniało mi to czeską (słowacką?) bajkę "Sąsiedzi". Jak zrobili dziurę w ścianie, stawiali tam szafę. W podłodze? Kładli dywan.

- Wiedziałem, że będą tę flagę przewieszać - opowiadał rezolutnie po meczu Tomaszewski. Wiedział pan? To po co ta szopka?

Byłoby już całkiem śmiesznie, gdyby nie pewna sprawa. Uśmiech Jana Urbana zaginął bez wieści. A brzmi to złowieszczo, bo przecież Urban był najbardziej uśmiechniętym trenerem w Polsce. Zarażał optymizmem. Piłkarzy, kibiców i swoich prezesów. Po meczu z Jagiellonią wyglądał, jakby ktoś ściągnął go z krzyża. Jeszcze sypnął żartem ("szkoda, że nie ustawili drugiej bramki na tą pierwszą, żeby zakryć flagę"), ale nawet wtedy nie podniosły mu się kąciki ust. W jego smutnej twarzy odbijała się cisza na Żylecie, fatalna forma jego piłkarzy, przerwane mecze, zimno i smutni, wiecznie narzekający ludzie.

Podejrzewam, że - gdyby nie ambicja - zwinąłby manatki i wracał do słonecznej Pampeluny. Bo w Polsce, poza miłym początkiem i siedmioma zwycięstwami Legii, spotykają go same rozczarowania. Kibice nie śpiewają. Chinyama gra źle. Zmienia go Grzelak? To samo. Giza? Gdyby na Łazienkowskiej byli wysłannicy Oakland Raiders - kontrakt murowany. Roger? Myślami już w PSG. Pieniądze na nowych piłkarzy w zimowym oknie? Ma nie być. Wisła Kraków? Uciekła.

To musi być dla trenera smutne. Smutniejsze, niż zasypywanie dołków po koniach.

Przemysław Rudzki, "Fakt", "Dziennik", "Przegląd Sportowy"

Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | flaga | PZPN | delegat | cyrk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje