Ratownicy czy szkodnicy?

Zagraniczni trenerzy coraz częściej znajdują zatrudnienie w naszym kraju. Obrońcy polskiej myśli szkoleniowej biją na alarm, ale wyniki często stoją murem za ich konkurentami. Czy zagraniczny znaczy lepszy? Szturmujących nasz kraj trenerów można podzielić na dwie kategorie: tych, którzy osiągnęli sukces, i tych, którzy zabierali i zabierają miejsca pracy naszym szkoleniowcom. Tę pierwszą grupę brawurowo reprezentuje utytułowany Don Leo.

Importowani szkoleniowcy zdominowali główne dyscypliny sportu. Każde dziecko dziś wie, że ojcem sukcesów piłkarskiej reprezentacji Polski jest Leo Beenhakker, a Argentyńczyk Raul Lozano i Włoch Marco Bonitta prowadzą z powodzeniem siatkarzy i siatkarki. Każdy z tej trójki zarabia krocie, ale jeśli prowadzona przez niego reprezentacja odnosi sukcesy, gra w ważnych imprezach, to taki wydatek na trenera zwraca się z nawiązką. Najlepiej spośród wymienionych zarabia Leo (600 tys. euro rocznie). Drugi jest teoretycznie Bonitta - dostaje ok. 200 tys. euro rocznie, ale z tego musi jeszcze opłacić współpracowników, więc w ostatecznym rozrachunku lepiej wypada pewnie Raul Lozano, który za sezon pracy z polską kadrą otrzymuje 400 tys. zł. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że każdy z tej trójki to profesjonalista wart takich dochodów.

Reklama

Jak "Franz" chciał czeski paszport

To przykłady dobrych fachowców, którzy polskiemu sportowi pomagają. W ostatnich latach w naszym kraju gościli i goszczą też tacy, którzy nie dość, że nie przynoszą pożytku, to jeszcze szkodzą. Najlepiej tę sytuację skwitował Franciszek Smuda, który zanim znalazł angaż w Zagłębiu Lubin (to z tego klubu trafił do Lecha Poznań, gdzie pracuje do dzisiaj), przez kilka miesięcy nie miał pracy, bo w pierwszej lidze aż roiło się od zagranicznych trenerów: - Chyba zamelduję się po drugiej stronie Odry, w Czechach, i wtedy każdy prezes mnie zechce - śmiał się "Franz".

Były bramkarz reprezentacji Polski, obecnie grający w Polonii Warszawa Radosław Majdan zetknął się z kilkoma zachodnimi fachowcami.

Po co Liczka zakazywał jedzenia jajek?

W okresie występów w Wiśle Kraków Majdan miał do czynienia z Czechem Wernerem Liczką, a także Rumunem Danem Petrescu. - Liczkę uważam za dobrego fachowca, dobrze się nam z nim pracowało - nie kryje Majdan. - Ale i on miał dziwne zwyczaje. Jego "konikiem" było kontrolowanie naszej diety. Zupełnie nie wiem, dlaczego zabraniał nam jedzenia jajek. Uważał, że sportowcowi nie są one do niczego potrzebne, że szkodzą przez wysoką zawartość cholesterolu.

O wiele gorsze wspomnienia Majdan ma z okresu współpracy z Petrescu. Głównie dlatego, że Rumun w treningu nie korzystał z pomocy urządzeń kontrolujących stopień zmęczenia organizmu. - Przez to byliśmy przemęczeni i w drużynie pełno było kontuzji. To była taktyka na wyniszczenie organizmu. Jak to mawiał świętej pamięci trener Jezierski, najsłabsza kość musi pęknąć - śmieje się Majdan.

Duszan jedynakiem

Moda na zagranicznych trenerów w Orange Ekstraklasie już minęła. Jeszcze kilka lat temu było ich co niemiara. Teraz ostał się tylko Słowak Duszan Radolsky w Ruchu Chorzów. Ale trenerem nad trenerami w Polsce jest Holender Leo Beenhakker. I wychodzi to nam na dobre. Leo jest jak koło ratunkowe dla polskiej piłki. Ogólnie Holenderska myśl szkoleniowa dominuje w światowym futbolu po latach dominacji Francuzów (Aime Jacquet doprowadził "trójkolorowych" do mistrzostwa świata w 1998 r., a Roger Lemere do mistrzostwa Europy dwa lata później). Leo pomaga naszej piłce tak jak jego rodacy Dick AdvocatGuus Hiddink rosyjskiemu futbolowi. Advocat doprowadził Zenit Sankt Petersburg do historycznego mistrzostwa Rosji, a przede wszystkim już do półfinału Pucharu UEFA. Hiddink jako selekcjoner "sbornej" w wyścigu o Euro 2008 wyprzedził wielką Anglię. Wcześniej dokonywał cudów z Koreą Płd (brązowy medal w MŚ 2002 r.) i nieco mniejszych z Australią. "Pomarańczowi" trenerzy wyznaczają trendy w światowej piłce. W klubach i reprezentacjach całego globu pracuje ich ponad stu!

"Interesowało go tylko pobieranie pensji"

Jak wskazuje Radosław Majdan, na zatrudnienie większej grupy tej klasy trenerów, co Beenhakker, Polski najzwyczajniej nie stać. A nie wszyscy obcokrajowcy służą nam tak dobrze jak Leo.

Niektórzy odbijają się czkawką. Tak jak Słowak Karol Pecze, który prowadził Wisłę Kraków na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Jedyne, co mu się udało, to zaprowadzenie totalnego chaosu na boisku! Wieloletni lider "Białej Gwiazdy" Tomasz Kulawik zapytany po latach o Pecze odparł, że Słowaka interesowało jedynie pobieranie kolejnych pensji.

W ostatnich latach nasze kluby prowadzili inni trenerzy, którzy niewiele dobrego wnieśli na boiska, jak Libor Pala czy Bohumil Panik. Na szczęście do głosu dochodzi też cała grupa młodych polskich trenerów, która wypiera przeciętniaków z innych krajów. Maciej Skorża niedawno przypieczętował mistrzostwo Polski z Wisłą, Rafał Ulatowski nieźle radzi sobie w Zagłębiu Lubin, a Artur Płatek zbiera dobre recenzje za pracę w Jagiellonii Białystok.

Zagraniczni trenerzy nie od dziś szkolą naszych piłkarzy. Przed laty wielkie sukcesy z Górnikiem Zabrze osiągał Węgier Geza Kalocsai, w nieodległym Chorzowie z piłkarzami pracował Słowak Michal Viczan, a w Legii o formę warszawian zabiegał Czech Jaroslav Vejvoda.

Co obcokrajowcy wnoszą do naszej rzeczywistości? Bogaty bagaż doświadczeń, nową mentalność, inne spojrzenie na dyscyplinę. Znawcy środowiska podkreślają jeszcze, a może przede wszystkim, niezależność szkoleniowców, którzy nie są jedynie sługusami przytwierdzonych do stołków działaczy.

Nie tylko piłka

Od jakiegoś czasu obcokrajowcy pracują też nad formą naszych koszykarzy (od niedawna trenerem kadry jest Muli Katzurin z Izraela, a jego poprzednikami byli dobrze znany polskim fanom Słoweniec Andrej Urlep i Serb Veselin Matić). Minionej zimy naszym najcenniejszym - obok Roberta Kubicy - dobrem narodowym, Adamem Małyszem, opiekował się Fin Hannu Lepistoe, przed którym był Austriak Heinz Kuttin. Talent Małysza odkrył również obcokrajowiec - Czech Pavel Mikeska, który Orła z Wisły na pierwsze zawody Pucharu Świata zabrał na własny koszt, bo Polski Związek Narciarski nie chciał wówczas finansować Adama.

Także przykłady wzięte z innych dyscyplin pokazują, że nie zawsze krajowy znaczy gorszy. Paweł Słomiński prowadzi do sukcesów naszych pływaków, dzięki Andrzejowi Niemczykowi na siatkarki mówimy "Złotka", a Bogdan Wenta odrodził w Polsce modę na "szczypiorniaka".

Podobnie jak ze sportowcami, zatrudnianie trenerów obcokrajowców ma sens pod warunkiem, że są lepszymi fachowcami od naszych. Z pozoru o to nietrudno, ale nie wszyscy przybysze z zagranicy spełniają ten warunek. I tylko posyłają na bezrobocie świeżo upieczonych absolwentów AWF-u i kursów trenerskich...

Michał Białoński, Dariusz Jaroń

Dowiedz się więcej na temat: miejsca pracy | beenhakker | Słowacy | zatrudnienie | trenerzy | Majdan | Ratownicy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje