Przegrani szukają recepty na sukces

Francuzi i Włosi, którzy między jednym a drugim mundialem z piłkarzy najwyższej klasy stali się turniejowym pośmiewiskiem, wkraczają w tym tygodniu na drogę futbolowych rewolucji. Nie są na niej sami.

W cenę porażki wkalkulowana jest zwykle wymiana trenerów i niektórych graczy. Dokonują tego obecnie wszyscy, których na to stać. Wyjątkiem są Hiszpanie, którzy w ubiegłym miesiącu zdobyli Puchar Świata, i Niemcy, którzy już w czasie imprezy w RPA odkryli u siebie nową armię znakomitych piłkarzy.

"Wyniki są ważne"!

Reklama

Wydaje się, że wśród "rewolucjonistów" najbardziej strawną i logiczną strategię prezentuje Brazylia, która stara się wrócić do "pięknej gry". Ale Brazylia to Brazylia - na żadnej innej ziemi nie rodzą się takie talenty, w dodatku tak liczne.

"Brazylia nigdy nie narzekała na brak talentów" - mówił w poniedziałek Mano Menezes, nowy trener "Canarinhos", podczas gdy jego drużyna przygotowywała się do wtorkowego meczu z reprezentacją Stanów Zjednoczonych w New Jersey (Brazylia wygrała 2:0 - red.). "Nie proponujemy żadnych nowych wynalazków. Mam świadomość tego, że wyniki są ważne. Bez nich żadne założenia nie mogą się ostać" - wyjaśniał Menezes.

Za prawdziwość tej teorii mogą ręczyć Francja i Włochy. Drużyny, które spotkały się w finale mistrzostw świata w 2006 roku, zrezygnowały z możliwości rozwoju, nie wymieniły trenerów - i skompromitowały się na mundialu w RPA. Francuscy gracze zbuntowali się przeciwko swojemu trenerowi, zdradzającemu apodyktyczne skłonności, Raymondowi Domenechowi. Włosi zwyczajnie się zestarzeli, podobnie jak ich konserwatywny mentor, Marcello Lippi.

Blanc pełen nadziei

Francuski rząd, pod naciskiem prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, nakazał tamtejszej federacji piłkarskiej przeprowadzenie gruntownych porządków. FIFA, organizacja nadrzędna wobec związków krajowych, uznała ten krok za "niezgodną z prawem polityczną interwencję". Niemniej jednak Domenech stracił stanowisko selekcjonera, z pracą pożegnał się również prezes francuskiego związku piłki nożnej, a żaden z graczy występujących na mistrzostwach świata nie otrzymał powołania na towarzyski mecz z Norwegią.

"Ostatnio spędzaliśmy wiele czasu w gabinetach i na spotkaniach" - mówił w poniedziałek Laurent Blanc, nowy trener "Les Bleus". "Było to konieczne. Nie zapominam jednak, że miejscem, na którym się znam - o ile mogę o sobie powiedzieć, że znam się na czymkolwiek - jest boisko".

"Zawodnicy, kadra - wszyscy chcą grać, wszyscy chcą znów znaleźć się na boisku" - dodał Blanc, który tego dnia miał na sobie sportowy dres w barwach narodowych i koszulkę, którą z wielką dumą nosił jako obrońca drużyny narodowej na mundialu w 1998 roku, na którym Francja wywalczyła Puchar Świata. Z dziennikarzami spotkał się w Clairfontaine, gdzie swego czasu przygotowywał się do większości spośród swoich 97 występów w kadrze.

"Dziś rano, kiedy zakładałem ten strój, poczułem, że sprawy nareszcie nabierają tempa. To naprawdę wspaniałe uczucie" - wyznał Blanc. Jest on jednym ze stu trzydziestu dwóch trenerów reprezentacji narodowych, którzy w tym tygodniu rozpoczynają meczami towarzyskimi swoją pracę.

Koniec z reprezentacją

Mecze te dzieli jednak od mundialu zbyt krótki okres. Są one również solą w oku dla trenerów klubowych ze wszystkich kontynentów, którzy albo już zaczęli sezon, albo lada dzień go rozpoczną. W obu przypadkach towarzyskie spotkania są dla nich przeszkodą.

Tak właśnie postępuje FIFA. Kalendarz rozgrywek jest zawsze pełny, a federacje krajowe mają zazwyczaj mniej niż miesiąc, by przygotować się do kwalifikacji kolejnego turnieju - czy to rozgrywanego w Europie, czy w Afryce, czy wreszcie w Ameryce Południowej. Owszem, kluby wypłacają piłkarzom pensje, ale to reprezentacje narodowe rozporządzają ich czasem.

Jedynym sposobem wymigania się od "służby ojczyźnie" jest droga, którą kilka dni temu obrało dwóch angielskich piłkarzy - bramkarz Paul Robinson i obrońca Wes Brown. Obaj ogłosili zakończenie reprezentacyjnej kariery.

Obaj mają też po trzydzieści lat. Żaden z nich nie znalazł się w kadrze na ostatnie mistrzostwa świata. Obaj czują, że dla ich rozwoju zawodowego najlepiej będzie, jeśli skoncentrują się wyłącznie na piłce klubowej.

Kontrowersyjne powołania

Tymczasem ich rówieśnik, Amauri Carvalho de Oliveira, zaczyna właśnie nowe życie. Amauri jest jednym z tych Brazylijczyków, którzy wolą reprezentować inny kraj niż czekać w nieskończoność na powołanie do rodzimej kadry. Urodzony w stanie Sao Paulo piłkarz, który już od dziesięciu lat mieszka we Włoszech, i któremu ostatecznie przyznano włoskie obywatelstwo, otrzymał w tym tygodniu powołanie od nowego trenera Azzurrich, Cesare Prandellego.

We wtorkowy wieczór Włosi zmierzyli się z Wybrzeżem Kości Słoniowej w Londynie (mecz ten zakończył się wynikiem 0-1 dla WKS - red.). Reprezentanci afrykańskiego kraju, z których wielu gra w europejskich klubach, czuli się na Upton Park jak u siebie. Powołania dla nowicjusza Mario Balotellego, chimerycznego Antonio Cassano i urodzonego w Brazylii Amauriego podzieliły włoskich kibiców i komentatorów.

"Chcę wykorzystać cały potencjał ofensywny, jaki mam do dyspozycji" - mówił przed meczem Prandelii. "Gracze zdają sobie sprawę z tego, że jest to ważne, ponieważ wkrótce będziemy rozgrywać spotkania, które naprawdę mają znaczenie".

Decyzje nowego trenera wywołały jednak we Włoszech ksenofobiczną, a właściwie nawet rasistowską falę krytyki - i to wcześniej niż on sam się spodziewał.

"Nowa Italia jest otwarta"

Balotelli negocjuje obecnie kontrakt z angielskim Manchesterem City. Wśród motywów, jakimi się kieruje, bynajmniej nie najmniejszą rolę odgrywa chęć ucieczki przez obelgami, jakie słyszy na niektórych włoskich stadionach tylko dlatego, że pochodzi z Ghany.

Podwójne obywatelstwo Amauriego sprowokowało w ubiegły weekend Davide Cavalotto, polityka Ligi Północnej, do wygłoszenia przykrego komentarza, który brzmiał: "Wzięliśmy to, czego nie chciała Brazylia". Cavalotto zdyskredytował Amauriego jako "odpad", dodając, że "prawdziwi reprezentanci Włoch to nie obcokrajowcy".

Amauri odpowiedział krótko: "Będę grał wbrew uprzedzeniom. I Mario Balotelli, i ja sam zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ci ludzie zmienili zdanie".

W ubiegły weekend dziennik "La Repubblica" z aprobatą przyjął decyzje trenera Prandellego, tytułując redakcyjny komentarz na pierwszej stronie "Talent i naturalizowani zawodnicy: przesłanie przyszłości". "La Repubblica" pochwaliła nowego selekcjonera za wysłany przezeń sygnał - polityczny raczej niż techniczny: "Nowa Italia jest otwarta na naturalizowanych graczy i - miejmy nadzieję - na synów imigrantów, tak, jak Niemcy".

Pochodzenie bez znaczenia

W kadrze Niemiec na mistrzostwa w RPA znalazł się m.in. Claudemir Jerônimo Barretto, znany jako Cacau. Zaczynał w piątej lidze, pracując na swoją pozycję przez osiem sezonów. Na mundialu zdobył gola przed upływem dwóch minut od wyjścia na boisko w meczu przeciwko Australii.

Jak dowiodła tego przed laty reprezentacja Francji - złożona z graczy urodzonych w dawnych koloniach lub z potomków ich mieszkańców - a także nowe Niemcy, ze swoim kosmopolitycznym wizerunkiem, przepisy FIFA dotyczące występowania zawodników w reprezentacjach są obecnie tak elastyczne, że praktycznie każdy, kto jako senior nie grał dla konkretnego kraju, może zostać powołany do dowolnej kadry.

Daniele De Rossi, który we wtorkowym meczu był kapitanem włoskiej drużyny, przypomniał, że Mauro Camoranesi rozegrał w barwach Azzurrich pięćdziesiąt cztery mecze, w tym zwycięski finał mundialu w 2006 roku. Camoranesi urodził się w Argentynie.

"Jeśli chodzi o mnie i moich kolegów z drużyny, to każdy, kto dołączy do tego zespołu, spotka się z ciepłym przyjęciem" - powiedział Daniele De Rossi.

Rob Hughes

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska, śródtytuły od redakcji INTERIA.PL

Dowiedz się więcej na temat: RPA | FIFA | Niemcy | Włosi | przegrani | Brazylia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama