Polacy wśród pięciu tysięcy wolontariuszy

Koszulka z podpisami polskich piłkarzy i trenera Leo Beenhakkera to najlepsza pamiątka, jaką zabierze do kraju 21-letni Dariusz Gaweł, jeden z pięciuset wolontariuszy pomagających w organizacji i przeprowadzeniu trzech meczów mistrzostw Europy w Klagenfurcie.

Do prawidłowego funkcjonowania turnieju UEFA potrzebowała 5000 wolontariuszy, którzy działają w 14 różnych obszarach, m.in. akredytacje, bilety, transport, ceremonie, informacja, itp. W Bazylei i Wiedniu pracuje ich po tysiąc, a w pozostałych sześciu miastach-gospodarzach po 500.

Reklama

Chęć służenia pomocą organizatorom turnieju zgłosiło 17 644 osoby ze 150 krajów. Wybrani reprezentują 75 państw.

"Dowiedziałem się od znajomych, że istnieje taka możliwość i zgłosiłem się poprzez stronę internetową UEFA. Byłem na mistrzostwach świata w Niemczech w 2006 roku, ale jako kibic i teraz chciałem zobaczyć podobną imprezę od innej strony" - powiedział student ekonomii na lubelskim UMCS Dariusz Gaweł.

"Ja dowiedziałem się o tym, że UEFA szuka wolontariuszy na ME, gdy byłem w Gdańsku na wakacjach. W Polsce się urodziłem, ale na stałe mieszkam w niemieckim Essen" - poinformował 20-letni Kamil Wilczewski.

Warunkiem podjęcia rozmowy kwalifikacyjnej była znajomość przez kandydata języka angielskiego, niemieckiego lub francuskiego, bądź jednego z innych języków krajów, których reprezentacje uczestniczą w Euro-2008.

"Ponieważ w wyznaczonym terminie nie mogłem przyjechać do Austrii, to ze mną rozmawiano telefonicznie. Znajomość polskiego i niemieckiego na pewno była moim atutem. Poza tym pytano mnie m.in. o zainteresowanie sportem, a piłką nożną w szczególności" - wyjaśnił Wilczewski.

"A ja w styczniu przyjechałem na rozmowę kwalifikacyjną, która zresztą okazała się miłą pogawędką. Sprawdzono moje dane, pytano mnie m.in. o to, co chciałbym robić, czym się zajmować.

Gdy zostałem zaakceptowany, czekało mnie zrobienie zdjęcia do akredytacji i przymierzenie strojów" - dodał Gaweł.

Stroje to w zasadzie jedyna rzecz, którą zagwarantowali organizatorzy. "W dniu meczów możemy liczyć także na posiłki. Reszta we własnym zakresie" - podkreślił.

"Moja koszulka pełna jest autografów polskich piłkarzy. Mam m.in. mojego krajana z Lublina - Jacka Bąka i Rogera oraz trenera Beenhakkera. Będę miał fajną pamiątkę, która przypominać mi będzie o pracy tutaj" - stwierdził.

Noclegi wszyscy musieli zorganizować sobie we własnym zakresie. "Gdy byłem na rozmowie kwalifikacyjnej, przy pomocy znajomej studentki załatwiłem noclegi w akademiku" - powiedział Gaweł.

Podczas meczów polskiej reprezentacji w Klagenfurcie obaj zajmowali się tzw. animacją, czyli dbali, by kibicom znad Wisły nie nudziło się w oczekiwaniu na rozpoczęcie gry.

"Głównym sposobem zajęcia kibiców jest oczywiście rozmowa. Jak ktoś mówi do nich w ojczystym języku od razu czują się lepiej, zaczynają pytać skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, itp. Pomagaliśmy także w przeprowadzeniu konkursów dla publiczności" - dodał Gaweł.

Najbardziej doskwierał im fakt, że podczas gry nie mogli znajdować się na trybunach. "Tłumaczono nam, że kiedyś było inaczej, a zmiany nastąpiły po mundialu w Niemczech dwa lata temu, kiedy działacze FIFA mieli pretensje, że zbyt dużo wolontariuszy znajdowało się podczas meczów na trybunach. Polak jednak potrafi, więc i nam się udało. Sposobu jednak nie zdradzimy" - powiedział lublinianin.

Rzesza ochotników (średnia wieku to niewiele ponad 34 lata, a najstarszy wolontariusz liczy 78 lat) ubranych w niebieskie koszulki i granatowe spodnie jest świetnie widoczna przed i na stadionach. Ponad 60 procent wolontariuszy pochodzi z krajów- gospodarzy.

Niektórzy jednak, np. w Innsbrucku, nie potrafili odpowiedzieć na podstawowe pytania, m.in. nie znali drogi na stadion, nie potrafili pokierować do odpowiedniego wejścia. Podobnie rzecz miała się ze stewardami.

"Myślę, że to jednostkowy przypadek, ale winna temu jest z pewnością pełna specjalizacja. Każdy z wolontariuszy dokładnie wiedział co ma robić, ale tylko w zakresie swoich obowiązków. Pytanie dotyczące innej sfery mogło sprawiać kłopot" - zaznaczył Gaweł.

Oddzielną grupę wolontariuszy stanowiły osoby rekrutowane przez miasta-organizatorów ME. Ich rola ograniczała się głównie do udzielania informacji, jak dotrzeć na stadion, czy dworzec kolejowy.

"Gdy wybraliśmy się z naszym opiekunem na stadion, to nie pozwolono nam nawet przekroczyć progu. A skoro bezpłatnie pomagamy na mieście, to miło by było chociaż zwiedzić obiekt, na którym grali polscy piłkarze" - powiedział 19-letni Grzegorz Reinelt z Gliwic.

Mimo niedogodności nikt nie żałował, że zdecydował się na przyjazd do Austrii. "Fajne doświadczenie" - twierdzili wszyscy zgodnie.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: stadiony | koszulka | UEFA | wolontariusz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje