Podsumowanie bokserskiego 2010 roku

Czas, kiedy stary rok zmierza ku końcowi, ustępując miejsca nowemu - to najlepsza chwila na refleksje i zadumę. Ze sportowego punktu widzenia, to odpowiedni moment, by podsumować osiągnięcia, chłodnym okiem spojrzeć na porażki i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jaki był mijający - 2010 rok dla polskiego pięściarstwa? Czy nadchodzący - 2011, przyniesie wraz z sobą równie wiele emocji ze światowych ringów? INTERIA.pl zaprasza na bokserskie podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy.

Pierwszy rok kolejnej dekady XXI wieku małymi krokami dobiega końca. Ten szczególny czas, w którym możemy zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na wszystko z perspektywy przeszłych miesięcy, to doskonała okazja na dogłębną analizę sportowych zmagań i owocne przemyślenia.

Reklama

Odchodzący rok obfitował w wiele bokserskich pojedynków, będących nie lada widowiskiem dla koneserów sportów walki. Udział w pisaniu pięściarskiej kroniki Anno Domini 2010, mieli i nasi rodacy, którzy godnie reprezentowali Białego Orła na zawodowych ringach, w kraju i za granicą. Przyjrzyjmy się zatem bliżej perełkom, najjaśniej błyszczącym w mijającym roku. Dzisiaj pod lupą Tomek Adamek!

2010 - rokiem "Górala"

Tomasz Adamek stoczył w 2010 roku cztery zwycięskie pojedynki na ringach ciężkiej wagi. To bardzo dobry wynik, zważywszy na fakt, że trzy spośród czterech tegorocznych walk boksera z Gilowic, rozegrane zostały w pełnym wymiarze czasowym, na dystansie dwunastu rund.

"Góral" rozpoczął rok od starcia z niewygodnym i wymagającym przeciwnikiem. 6 lutego w Prudential Center, Tomek skrzyżował rękawice z Jasonem Estradą - pięściarzem słynącym z nieszablonowego stylu boksowania i żelaznej szczęki. Fachowcy zgodnie oceniali, że Tomasza czeka prawdziwy test, potwierdzający umiejętności na królewską kategorię, bo Amerykanin nigdy w karierze nie "zapoznał" się z deskami ringu. A walczył z takimi rywalami jak Aleksander Powietkin, czy Travis Walker. Był także trzykrotnym, amatorskim mistrzem USA.

Adamek przeważał w natarciu. Metodycznie obijał oponenta, bezskutecznie szukając czystego, nokautującego trafienia. Co jednak nie udało się przed ostatnim gongiem, przypieczętowane zostało jednogłośną decyzją sędziów, którzy zgodnie wytypowali zwycięstwo "Górala", w stosunku : (115-113, 116-112, 118-110).

- Oglądałem wiele walk Estrady, ale nigdy nie widziałem go walczącego tak dobrze, nawet z Rosjaninem Aleksandrem Powietkinem. Był bardzo szybki, ma doskonałą defensywę i twardą głowę. Ciężko było mi ulokować czysty cios, ale sądzę, że wygrałem zasłużenie, czterema bądź pięcioma punktami - mówił po walce szczęśliwy "Góral".

Była to pierwsza trudna przeprawa Tomka z naturalnym, ciężkim zawodnikiem, bo jak zapewne pamiętacie, podstarzały "Endrju" nie postawił swojemu następcy zbyt wysokich wymagań w łódzkiej Atlas Arenie.

Wyglądał jak… Shrek

Kolejna walka Adamka zapowiadała się niezwykle emocjonująco, bo polski pięściarz występował poza Newark, na "obcym" terenie- w Ontario (stan Kalifornia). Rywalem "Górala" był czołowy puncher list rankingowych, Amerykanin meksykańskiego pochodzenia - Chris Arreola, mający na swoim rozkładzie takich zawodników jak Brian Minto czy Chazz Witherspoon. Nie bez powodu, Arreola w swoim dorobku miał także mistrzowską walkę o tytuł WBC z Witalijem Kliczko.

"Koszmarowi", dysponującemu piekielnie mocnym uderzeniem (współczynnik KO = 80 proc.!) nie udało się jednak upolować Polaka, który bezwzględnie wykorzystał wszystkie swoje atuty, zasypując Amerykanina mnogimi seriami ciosów. Wynik, co dziwi, nie był jednogłośny na korzyść naszego rodaka, bo sędzia punktowy, Tony Crebs wytypował remis (114-114). Pozostali: Joseph Pasquale i Barry Druxman zgodnie potwierdzili wyższość Adamka (117-111, 115-113), podobnie jak i sam przegrany, który z uznaniem odniósł się do umiejętności "Górala".

- Tomek był zdecydowanie lepszy, moja twarz jest najlepszym tego dowodem, wyglądam jak Shrek - mówił po walce wyraźnie zasmucony Arreola. Trudno było nie zgodzić się z tymi słowami, patrząc na popuchniętą twarz "Mechicano".

"Ring w ogniu" jak reklamowano walkę, okazał się prawdziwym piekłem, a pojedynek wypełniony ciekawymi zwrotami akcji, rozgrzał serca kibiców do czerwoności. Szczególnie tych znad Wisły. Po walce w Ontario, fani jeszcze mocniej uwierzyli, że Adamek może stać się czołową postacią "ciężkiej" i już zacierali ręce na następny bój chłopaka z Beskidu Żywieckiego.

Akcje "Górala" w królewskiej kategorii znacząco poszły w górę, a naszemu najlepszemu obecnie pięściarzowi z zainteresowaniem zaczęli przyglądać się szefowie HBO. Coraz śmielej spekulowano na temat rzekomej walki z którymś z braci Kliczków, a koneserzy boksu, nie tylko ci z Polski, rozpoczęli bogatą dyskusję: "Czy Tomek zagrozi supremacji K2?"

Pomsta Andrzeja Gołoty

Na gdybaniach wszystko się skończyło, bo sztab "Górala" postanowił , że kolejnym przeciwnikiem nie będzie żaden z ukraińskich czempionów, a ktoś z bokserskiego świata, gabarytowo zbliżony do braci. Walka miała "oswoić" Adamka w potyczce ze znacząco wyższym i cięższym zawodnikiem, dysponującym pokaźnym zasięgiem ramion.

Wybór padł na Michaela Granta, dwumetrowego Amerykanina, który w swojej karierze pokonał między innymi Andrzeja Gołotę. Walka odbyła się 21 sierpnia w Prudential Center, jednak krytycy negowali zamysł tego pojedynku twierdząc, że walka z emerytowanym "Bigiem" nic "Góralowi" nie da.

Jak się jednak okazało, było to najtrudniejsze starcie Adamka na zawodowstwie. Po armatnim ciosie w szóstej rundzie, Tomek znalazł się w poważnych opałach, bowiem potężna bomba Granta znalazła czyste dojście na szczękę naszego pięściarza. Tylko gong oznajmiający zakończenie rundy uratował Polaka przed ciężkim nokautem.

"Góral" kolejny raz udowodnił, że prawdziwy góral nigdy się nie poddaje, walcząc do samego końca. Przetrwał kryzys i permanentnie wypunktował Granta szybkimi seriami ciosów, co zgodnie potwierdzili wszyscy sędziowie punktowi (117-111, 118-110, 118-111). Było to następne starcie, w którym nasz reprezentant nie posłał rywala na deski. Sceptycy o makiawelicznych charakterach, twierdzili, że Tomek nie ma czego szukać między linami ciężkiej z taką siłą uderzenia. Ci zaś, oceniający całą sytuację nieco chłodniejszym okiem, określali Adamka mianem: polski Evander Holyfield.

Ostatnie szlify z końcem roku

Przypieczętowaniem udanego roku, było efektowne, grudniowe zwycięstwo nad Amerykaninem włoskiego pochodzenia- Vinnym Maddalone. "Góral" mimo szybkiego tempa boksowania nie złapał zadyszki. Błyskawiczną kombinacją ciosów posłał przeciwnika na deski w piątej odsłonie starcia, szczędząc mu dalszego "oklepu". Doskonalenie techniki, szlifowanie dyscypliny taktycznej i przestawienie stylu boksowania na amerykański, były priorytetami teamu Adamka przed starciem z niezbyt wymagającym Vincentem. Tomek wzorowo podołał zadaniu i w nowy, miejmy nadzieję, że mistrzowski rok, wkroczy z kompletem zwycięstw na ringach ciężkiej wagi.

Odchodzący - 2010 rok, był dla Adamka bardzo pomyślny. Bokser, który swoją pięściarską przygodę zaczynał w klubie sportowym Góral Żywiec, przebrnął przez ostatnie dwanaście miesięcy, niczym halny po górskich szczytach. Szczerze powiedziawszy, nie powinno to nikogo dziwić, bo z Tomkiem, to jak z fenowym wiatrem. Niby niepozorny i lekki, a w gruncie rzeczy potrafiący rozpętać prawdziwą burzę między linami. O szybkości błyskawicy i potężnej, niszczycielskiej sile.

Smaku wszystkiemu dodaje fakt, że aby powstał halny, potrzebna jest górska bariera. Ciekawe, co na to wszystko będący na szczycie wszechwagi bracia K2, którzy na chwilę obecną okazują się barierą nie do przejścia? Myślę, że z każdym kolejnym pojedynkiem Tomka odczuwają jego coraz mocniejszy "powiew" na ringach najbardziej prestiżowej kategorii.

Witold Berek

Dowiedz się więcej na temat: Arreola | Tomasz Adamek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama