Paweł Zarzeczny: Po ptakach

No i po ptakach - awansowaliśmy do tych całych finałów. Podobno dzięki Holendrom, choć ja odnoszę wrażenie, że to raczej dzięki naszym reprezentantom, dzięki ich systematycznemu goleniu frajerów, jakim były podwójne wygrane z Austrią, Walią, Azerbejdżanem i Irlandią Płn., potentatami europejskiej piłki. Towarzysze Piłkarze, wieczna sława Wam i chwała.

Mimo wszystko smutna była ta sobota. W specjalnym programie tv napięcie niższe niż podczas przerw w dostawie prądu, nasi gracze cichutcy jak Partia Demokratyczna po wyborach, Maryla śpiewała i wyglądała jak babcia Bigosowa, no a na koniec okazało się, że tak w ogóle to awansowali wszyscy. Togo, Angola i Ekwador z Paragwajem też.

Reklama

Cztery lata temu, kiedy awansowaliśmy do finałów po 16-letnie przerwie i w kraju zapanowała euforia, zacytowałem jednego gościa z "Pulp fiction": "Panowie, jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach!" I dodałem, że miejsce wśród 32 drużyn świata w ostatecznej rozgrywce to mniej więcej tyle co nic. Obraził się pan Engel i panowie piłkarze, a przecież była to prawda, choć podana w sposób dość bezpośredni (nigdy nie umiałem pisać jak obecni mistrzowie pióra, laureaci szkolnych konkursów na najładniejsze wypracowanie, grzecznie i nieciekawie). A zatem powtórzę: jeszcze nie czas na lizanie. Na razie mamy tyle co Angola i doświadczenie podpowiada, że na tym chyba poprzestaniemy.

No, ale awans to okazja, by jednak zrobić coś więcej. Pokazać kraj i piłkarzy. Dziś chwalimy się gdzie to oni grają (Dudek w Liverpoolu, Rasiak w Tottenhamia etc.), gdy bardziej logiczne byłoby - gdzie nie grają (Dudek w Liverpoolu, Rasiak w Tottenhamie etc.:). Media podbijają bębenek, że tego czy tamtego z naszych ktoś bardzo chce kupić, na co ja zawsze niezmiennie trafnie odpowiadam - gdyby ktoś chciał, toby kupił! Wiec żyjemy sobie w świecie lekkiej fikcji pomieszanej z fantasy, niczym pacjenci szpitala w Tworkach. Ale... jakże miłe to wariactwo i jak pozwala leczyć narodowe kompleksy.

Ja na przykład (całkiem nieodpowiedzialnie) dużo obiecuję sobie po finałach w Niemczech. Wystawiamy tam przecież aż dwie jedenastki. Jednej selekcjonerem (honorowym) powinien być generał rezerwy Jaruzelski Wojciech, który wygnał z Polski setki tysięcy Polaków w stanie wojennym - ich dzieci całują dziś czarnego orła i na kiełbasę mówią wurst. Drugą wystawi Janas Paweł - z Orłem Białym na piersi. Która z ekip będzie lepsza oto jest pytanie, zważywszy na odwieczną przyjaźń niemiecko-polską. Przykro mi to pisać, bo Niemców wielu mam w rodzinie i szanuję, ale te finały będą manifestacją polskości i przypomnieniem krzywd, które nas spotkały w dwóch światowych wojnach. Przypomnieniem tego, że nie daliśmy się Niemcom (poprawniej byłoby napisać, że nazistom, tak jest, tak jest) wybić do ostatniej nogi. Czy mogło być inaczej? Podobno marszałek Piłsudski planował wojnę prewencyjną w roku 1936, zanim Niemcy nie dozbroją armii skasowanej w Traktacie Wersalskim. Nie zdążył, zmarł, no a my do dzisiaj nie możemy się pozbierać z tego bratniego sąsiedztwa. Więc zostają tylko wiktorie piłkarskie, takie dla podbudowania narodowej dumy, zwłaszcza że z Niemcami nie wygraliśmy na boisku seniorskim nigdy, byli po prostu zbyt dobrzy.

Finały w Niemczech to najlepsza okazja, by pokazać się na boiskach i poza nimi, a wyższość udowadniać bez armat i bez nienawiści. Los powinien nam sprzyjać - wcześniej my mieliśmy papieża, a Niemcy dobre wyniki. Teraz papieża mają oni. Reszta będzie dla nas.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje