Paweł Zarzeczny: 2006 i święty spokój

Jaka jest różnica między Adamem Małyszem a Marcinem Bachledą? Coraz mniejsza. Piszę to ze smutkiem, zwłaszcza, że wraz z kiepską formą mistrza możemy chyba sobie darować oglądanie igrzysk w Turynie (chyba że Justyna Kowalczyk przez pomyłkę znów posmaruje się jakimś tajemniczym lekiem).

Nie znam Małysza, nigdy z nim nie rozmawiałem bez pośredników, ale wyczuwałem u niego jakiś szósty zmysł. Trzy razy zapraszałem go na Bal "Przeglądu Sportowego" w najlepszych sportowych latach czempiona i nie przyjechał nigdy, nawet gdy podstawiliśmy mu pod dom helikopter (miał nosa, ten sam śmigłowiec spadł niedługo potem z premierem Millerem). Za to pan Adam zawsze stawiał się niezawodnie po odbiór luksusowych samochodów będących główną nagrodą - ten to ma łeb do interesów, pomyślałem. Niby taki skromniacha, a tak naprawdę konkretny gość do konkretnych interesów.

Reklama

W skokach narciarskich nikt wciąż nie odgadł dlaczego jeden zawodnik wygrywa, inny przegrywa, a za chwilę jest na odwrót (nie wpadliśmy jeszcze na trop - mówią Kuttin z Tajnerem - interesujący przejaw ignorancji). Skoki to dziedzina kompletnie przypadkowa (albo też taka, w której decyduje czynnik kompletnie niewidoczny, czyli psychika). I nigdy się nie dowiemy dlaczego kiedyś Polak tak genialnie wygrywał, a teraz wycofuje się rakiem. Każdy normalny człowiek musi przecież dostrzec, że te wszystkie sztaby, treningi i analizy to wyłącznie stek bzdur, papka dla ubogich ludzi w kapciach, którzy zimową porą nie mają innych atrakcji poza telewizorem. I którzy zgodnie kibicują Małyszowi, bo w przeciwieństwie do piłki nożnej nie reprezentuje żadnego konkretnego klubu (to znaczy jest tam jakiś KS Wisła, ale nikt o nim nie słyszał). Nie będąc legionistą czy lechitą - nikogo on zatem nie dzieli i nie skłóca, dlatego też kibice na skoczniach nigdy się nie biją. I nawet jak Małysz zajmie miejsce w 3 dziesiątce, jak w niedzielę, zawsze można się łudzić że za chwilę znów zawieje mu wiaterek pod narty i poniesie jak kiedyś w Willingen, na 151,5 metra. Albo jak dzieciaka Klimka Murańkę na Wielkiej Krokwi - na metr 130-ty. Więc czym się tu przejmować? Skoki, ponoć najpopularniejsza dyscyplina w kraju (zawsze musimy się wyróżnić w świecie czymś dziwacznym) to przecież zwykła loteria i nic więcej. Tak jak gra w orła czy reszkę.

Czytałem kiedyś historię Hollywood (nota bene założonego przez Polaków, w nazwie wytwórni Metro Goldwyn Meyer są ich dwa nazwiska) i zapamiętałem wypowiedź twórcy najlepszych westernów o swojej pracy: "Zmienialiśmy konie, a nie scenariusze". Tak samo jest w skokach narciarskich - zwycięzcy się wciąż zmieniają, ale całość wygląda zawsze tak samo. Zawieje, albo i nie zawieje, nuda i dłużyzna, aż się chce wyjść z kina... . No więc może i dobrze, że Małysz się w końcu wycofał. Przynajmniej w tę jedną zimę będzie w Polsce święty spokój, a ludzie w weekendy znów zaczną chodzić na spacery.

No, a wszystko powygrywa zamiast Polaka - Janda. Będę mu kibicował w Turynie. W końcu Czesi nie wygrali żadnej wojny od jakichś czterystu lat, niech sobie chociaż parę razy powygrywają w tych skokach.

Dowiedz się więcej na temat: zawieje | spokój

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje