Olszewski: Trybuny stadionu mam we krwi

Do niedawna nie wyobrażałem sobie życia bez stadionu. Mecz należy do rytuałów, w których wyrastam od dzieciństwa - pisze Michał Olszewski, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego", prozaik i kibic Cracovii.

W pewnym sensie trybuny mam we krwi, ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami. Lubię krzyczeć na całe gardło, razem z innymi, jak bohaterowie filmu Kena Loacha "Looking for Eric" - dzieła dla fanów piłkarskich obowiązkowego.

Reklama

Słysząc szum meczu, niezależnie od tego, gdzie się znajduję, czy jest to małe miasto Orosei na Sardynii, czy warszawskie Okęcie, zachowuję się jak gończe zwierzę - jeśli to możliwe, kupuję bilet i oglądam.

Piłkarska pasja dobrą lekcją geografii

Geografii uczyłem się z tabel niższych lig i do dzisiaj moja prywatna mapa kraju jest upstrzona nazwami miejscowości, w których grały z różnych przyczyn istotne dla mnie drużyny.

Dębica? Jaka Dębica? Jest Wisłoka Dębica. Gorzyce? Tłoki oczywiście. Kotwica Kołobrzeg. Szombierki Bytom. Flota Świnoujście. Bełdan Wygryny. Mazur Pisz. Okocimski Brzesko. Tęcza Oracze i Promień Mońki. Derby regionu: Wicher Kobyłka konta Huragan Wołomin.

Jak wielu facetów w tym kraju z niecierpliwością czekałem na "Skarb kibica". Mam w pamięci dziesiątki nazwisk niezłych grajków z niższych lig - to również nic wyjątkowego.

Czy ktoś jeszcze pamięta Mieczysława Chrzanowskiego? Tak, to ten, który potrafił strzelić bramkę z rzutu rożnego! A Roberta Sakowicza - strzelał celnie rzuty wolne z połowy boiska! A Tomasza Buraczewskiego i jego uderzenia z przewrotki? Tak, to są piękne wspomnienia i mógłbym mnożyć je całymi godzinami.

Ważniejsze od sentymentalnych wzruszeń wydaje mi się jednak w tej chwili zdanie sprawy z przygnębiającego wrażenia, jakie nachodzi mnie od kilku lat z niepokojącą regularnością, niezależnie od tego, na jakim stadionie się znajduję: mam wrażenie, że płacąc za bilet staję się częścią świata, któremu na imię ZŁO.

Stadion to nie opera, co do tego pełna zgoda, dlatego też nie chadzam do opery, tylko wybieram sport. Z drugiej strony - trybuny nie mogą też być dnem piekła. Ja w spacerach przez piekło nie znajduję przyjemności.

Stadion - festiwal nienawiści, gdzie dozwolony jest każdy gest

Do pewnego momentu wierzyłem, że możliwe jest zachowanie chwiejnej równowagi między dwiema skrajnościami. Stadion to nie jest dobre miejsce na edukację przedszkolaków.

Na stadionie kibic ma prawo do wrzasku, stadion to hyde park, gdzie możemy dać upust niewygodnym emocjom, tupać i przeklinać bez obawy, że spotka nas za to potępienie społeczne. Savoir-vivre tu nie obowiązuje. Kibic ma święte prawo, by drużynie przeciwnika życzyć kompromitującej przegranej i degradacji do niższej ligi. Stadion jest przestrzenią wyłączoną z codziennych reguł gry społecznej, trybuny nie muszą udawać ekumenizmu i miłości do przeciwnika.

Wszystko to nie oznacza jednak, że stadion ma być miejscem, gdzie trwa festiwal nienawiści, a dozwolony jest każdy gest. Tak się w ostatnich latach dzieje. Jak kraj długi i szeroki polscy kibice licytują się w swojej nienawiści do przeciwników i świata.

Popatrzcie na ich pełne złości twarze, na to, jak wystawiają penisy w stronę ławki przeciwnika, jak plują gęstą flegmą na ochroniarzy i palą szaliki innych drużyn. Popatrzcie z daleka na język migowy, jakim się posługują - gwałtowne ruchy rąk i głów wskazują, że opowiadają sobie przede wszystkim o biciu. Popatrzcie jak stoją z szeroko rozstawionymi nogami, splatając dłonie na kości krzyżowej.

Czy możliwe, by robili to nieświadomie? W każdym, kto choć odrobinę zna historię Polski, gest ten powinien budzić skojarzenia z esesmanami w obozach koncentracyjnych.

Przyzwolenie na zło z piekła rodem

Takie zachowania, wbrew temu, co rozpaczliwie próbują twierdzić przedstawiciele środowisk kibicowskich, nie są marginesem, pojedynczym wybrykiem, który rzuca cień na normalną większość.

Prosta arytmetyka w tym przypadku zawodzi: nawet jeśli są to incydenty, to mają one wyjątkowo duży ciężar. Nawet jeśli kibice, którym nienawiść nie przeżarła mózgów, stanowią większość, to niknie ona w cieniu dobrze zorganizowanej mniejszości. Dlatego normą na polskich stadionach jest przyzwolenie na zło z piekła rodem.

Żadne akcje charytatywne tego nie zmienią. Dlatego też średnio wrażliwy człowiek nie może wyjść ze stadionu nietknięty. Fale nienawiści są tak silne, że trzeba się z nich otrząsać jeszcze na długo po ostatnim gwizdku. Jeśli oczywiście komuś przeszkadzają. Mnie przeszkadzają, w efekcie więc znajduję się w sytuacji drastycznie niewygodnej: nie potrafię nie chodzić na mecze, mimo że zdaję sobie sprawę, że powinienem ich unikać jak ognia, bo są rozrywką zbyt kosztowną emocjonalnie.

Na trybunach dzieją się rzeczy, od których - jak śpiewał klasyk - "pękają oczy". Nie potrafię uznać ich za normalność. Od pamiętnego meczu Cracovii z Zagłębiem Lubin z kwietnia 2005 r., kiedy wraz z innymi kibicami, protestującymi przeciwko nienawistnemu dopingowi, dałem się sterroryzować bojówce kiboli, straciłem złudzenia.

***

Wbrew temu, co piszą najbardziej radykalni przeciwnicy bandytyzmu na stadionach, nie widzę możliwości łatwego rozwiązania klinczu, w jakim znalazły się polskie kluby. Jako się rzekło, na stadiony aniołki nie chodzą. Efekt radykalnych działań przeciwko bandytom widać na Legii: owszem, zdeterminowany klub mógłby wygrać tę wojnę, podnosząc chociażby ceny biletów. Pytanie jednak, kto przyszedłby na miejsce pseudokibiców? Wątpię, czy pojawiliby się tam rodzice z dziećmi, spokojni seniorzy czy pracownicy sektora bankowego - opinia o polskim futbolu zszargana jest tak straszliwie, że trudno przyciągnąć na stadion kogokolwiek poza pseudokibicami i desperatami, którzy z trudno wytłumaczalnych przyczyn nadal kupują bilety.

Kluby przymykają oczy na pseudokibiców!

Ceną względnego spokoju na wielu polskich stadionach jest przymykanie oczu na pseudokibiców. Ostatnie lata pokazały, że nawet względnie duże pieniądze włożone w klub nie oznaczają automatycznego zmniejszenia wpływów podziemnego świata na funkcjonowanie klubu.

Jeśli widzę gdzieś nadzieję, to w sukcesach piłki klubowej w pucharach - jedynie walka o naprawdę wysokie stawki może dać nadzieję na szybkie zmiany na lepsze. Na to się jednak nie zanosi.

Cóż więc pozostaje? Zrezygnować? Ale jak, skoro każdej soboty myślę, gdzie dziś grają. Ostatnio jakby częściej słucham transmisji radiowych, emocji w nich bardzo dużo.

Ale w domu krzyczeć nie wypada.

Michał Olszewski

Autor jest dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego", prozaikiem, kibicem Cracovii i Mazura Ełk.

Czytaj również:

Masiota: Zdrowa współpraca z kibicami to pełny i bezpieczny stadion

Dowiedz się więcej na temat: klub | kluby | gestykulacja | Dębica | kibice | kibic | pseudokibiców | stadiony | trybuny | olszewski | W.E.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama