Ogień olimpijski w drodze do Turynu

Silny porywisty wiatr i pochmurna pogoda towarzyszyły uroczystości zapalenia ognia olimpijskiego przed zimowymi igrzyskami w Turynie, która odbyła się w niedzielę w ruinach starożytnej świątyni bogini Hery w Olimpii.

Ceremonia zapalenia odbyła się tradycyjnie w świątyni położonej niedaleko stadionu, na którym ponad dwa tysiące lat temu odbywały się starożytne igrzyska.

Reklama

Wziął w niej udział przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Jacques Rogge, przewodniczący Greckiego Komitetu Olimpijskiego Minos Kyriakou oraz szef komitetu organizacyjnego igrzysk w Turynie Valentino Castellani. Zabrakło natomiast - tradycyjnie już - hierarchów ortodoksyjnego kościoła greckiego, którzy nie akceptują pogańskiego charakteru tej ceremonii.

- Nasz kościół nie może zaakceptować treści inwokacji odwołującej się do nieistniejących bogów. Do innych elementów tej uroczystości nie mamy większych zastrzeżeń - tłumaczy rzecznik prasowy kościoła, ojciec Pavlos Ioannou.

Decyzja hierarchów kościoła nie przeszkodziła 33-letniej aktorce Theodorze Siarkou, znanej z seriali telewizyjnych, w odegraniu roli najwyższej kapłanki bogini Hery, której podczas zapalenia ognia olimpijskiego towarzyszy 17 innych kapłanek.

- Nie wierzę w 12 bogów starożytnej Grecji i jestem ortodoksyjną chrześcijanką - powiedziała Siarkou. - Dzisiaj przekonałam się, że inwokacja odnosząca się do Boga, Chrystusa, Buddy czy Allaha miałaby większą moc, niż kiedy jej adresatem są Apollo czy Zeus. To było dla mnie bardzo ważne przeżycie, niemal wędrówka w głąb duszy, która utwierdziła mnie w mojej wierze.

Podczas ceremonii Siarkou wypowiedziała tradycyjną formułę: "Apollo zesłał swe promienie, by zapalić tę świętą pochodnię". Jednak grecki bóg słońca nie wysłuchał modłów, bowiem uroczystość odbywała się przy pełnym zachmurzeniu i porywistym wietrze, co uniemożliwiło wykorzystanie specjalnego lustra skupiającego promienie słoneczne do zapalenia pochodni. Zamiast niego użyto do tego celu replikę starożytnego znicza.

Później Siarkou zapaliła niebieską pochodnię w kształcie narty jaką trzymał 19-letni grecki lekkoatleta Costas Filippidis, pierwszy z 534 uczestników sztafety olimpijskiej, która przez najbliższe dziesięć dni będzie wędrować po Grecji, zanim 6 grudnia w Atenach zostanie przejęta przez Włochów.

Później ogień trafi do Rzymu, skąd 8 grudnia rozpocznie wędrówkę po Włoszech, gdzie będzie transportowany m.in. przez weneckie gondole, bolid Formuły 1 należący do teamu Ferrari oraz regiment kawalerii. Na krótko trafi też do Watykanu, gdzie zostanie pobłogosławiony przez papieża Benedykta XVI.

W sumie w sztafecie weźmie udział dziesięć tysięcy i jeden uczestnik, a ostatni z nich zapali 10 lutego znicz na stadionie w Turynie. Zanim to nastąpi ogień olimpijski odwiedzi Słowenię, Szwajcarię, Francję i Austrię.

Wśród uczestników sztafety znajdą się m.in. znani piłkarze: Francesco Totti z AS Roma i Paolo di Canio z Lazio oraz trener reprezentacji narodowej Marcello Lippi, ale także marokański biegacz długodystansowy - Hicham El Guerrouj czy włoscy medaliści igrzysk olimpijskich w Atenach i Salt Lake City.

Organizatorzy 20. Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie (10-26 lutego 2006) liczą, że podczas wędrówki sztafety po północnych Włoszech wzrośnie zainteresowanie, a tym samym sprzedaż biletów, która dotychczas nie przekroczyła 60 procent.

W antycznej Grecji ogień symbolizował stworzenie świata, odnowę życia, światło. Był też świętym symbolem boga Hefajstosa i darem dla ludzkości od Prometeusza, który skradł go Zeusowi. W centrum każdego miasta-państwa greckiego był ołtarz z wiecznie płonącym ogniem. W każdym domu paliło się ognisko domowe, poświęcone Hestii, opiekunce rodzin. Sztafety z ogniem zaczynały w wszelkie wieczorne ceremonie religijne. Wkrótce przekształciły się one w drużynowe zawody sportowe, w których początkowo uczestniczyli tylko młodzieńcy (efebowie), a potem mógł wziąć udział każdy wolno urodzony obywatel, niesplamiony zbrodnią.

W igrzyskach starożytnych, zapoczątkowanych w 776 r. p.n.e., zapalony w Olimpii ogień nigdy nie gasł. Starożytni Grecy organizowali zawody pod nazwą "lampadedromia" (z greckiego słowa, oznaczającego sztafetę z ogniem). Biegacze rywalizowali w biegu sztafetowym, przekazując sobie - jak dziś pałeczkę - pochodnię z ogniem. Taka sztafeta była bardzo ważną częścią igrzysk panatenajskich, przeprowadzanych przez całe stulecia co cztery lata. Dopiero w V wieku rzymski cesarz Teodozjusz zakazał ich organizacji uważając, że jest to święto pogańskie.

Ideę igrzysk wskrzesił pod koniec XIX wieku baron Pierre de Coubertain, a znicz płonął podczas letnich igrzysk 1928 r. w Amsterdamie i w 1932 r. w Los Angeles, ale nie był przyniesiony z Olimpii. Dopiero na berlińskich igrzyskach 1936 r. znicz zapłonął od ognia wznieconego w świątyni Hery.

Chociaż dopiero piąty raz w historii nowożytnych olimpiad ceremonii zapalenia ognia towarzyszyła zła pogoda, to miało to miejsce już po raz czwarty w ostatnich siedmiu latach. Niekorzystne warunki panowały także podczas startu sztafety przed letnimi igrzyskami w Sydney (2000) oraz zimowymi w Nagano (1998) i Salt Lake City (2002).

AFP/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: znicz | uroczystości | pogoda | olimpijski | ogień olimpijski | płomień | w drodze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama