Miał być olimpijski medal...

Niemal dokładnie rok temu jedna z najbardziej utytułowanych polskich sportsmenek ogłosiła zakończenie kariery.

Ma na koncie 11 tytułów mistrzyni świata, wielokrotnie stawała na najwyższym podium Pucharu Świata. Reprezentowała Polskę w windsurfingu na igrzyskach olimpijskich w Atlancie w 1996 roku.

Reklama

Dorota Staszewska, bo nią chodzi, opowiedziała INTERIA.PL o życiu z dala od sportowych aren, choć nie uciekała od pytań związanych z zawodowym windsurfingiem.


- Czy nie żałujesz decyzji o zakończeniu kariery?

- Na ten krok zdecydowałam się pół roku przed tym, jak "niechcący" dowiedziały się o niej media (styczeń 2006 - przyp. red.). Dyskopatia położyła mnie do łóżka na miesiąc, później przeszłam sześciomiesięczną rehabilitację. Po 16 latach wyczynowego uprawiania sportu jest chyba rzeczą naturalną, że organizm potrafi powiedzieć "stop". Nie jest to nic wyjątkowego. Kontuzja uprzytomniła mi ulotność rzeczy. Przewartościowałam wiele spraw. Zdobyłam wiele tytułów, byłam na igrzyskach olimpijskich. Nie żałuję decyzji o zakończeniu kariery, choć przyznaję, że bywają takie dni, kiedy bardzo tęsknię. Na szczęście windsurfing to taka dyscyplina, którą można całe życie uprawiać amatorsko. I to zamierzam robić.

- W swojej karierze miałaś już roczną przerwę w 1999 roku. Też byłaś wówczas bliska rezygnacji. A jednak wróciłaś i to w świetnym stylu - zdobyłaś mistrzostwo świata. Czy nie miałaś chwili wahania? Nie myślałaś o powrocie?

- Nie. Lekarze pogrozili mi palcem, że jeśli chcę być kiedyś matką, to muszę się mocno zastanowić, bo kręgosłupa sobie nie wymienię na nowy.

- Czy trudno było się przystosować do nowego trybu życia?

- Dziękuję Bogu, że udało mi się w międzyczasie skończyć studia magisterskie i MBA w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. Wykształcenie daje mi ogromny komfort psychiczny, pewność siebie. Nie martwię się o przyszłość. Ale i tak ostatni rok był dla mnie bardzo ciężki psychicznie. Jeden z najtrudniejszych w moim życiu. Wcześniej byłam po prostu wyczynowym sportowcem z wielkimi sukcesami, wszystko było proste. Spędzałam tygodnie i miesiące pływając na desce, oddychając, dotleniając mózg i ciesząc się każdym dobrym dniem, dobrą falą, czy silnym wiatrem. Teraz nadszedł czas by na nowo zmierzyć się z rzeczywistością. Tą polską rzeczywistością. Nie mówię, że jest ona gorsza, od tej poprzedniej, ale na pewno inna i nie wiem czy do końca kiedykolwiek się do niej przystosuję. Poza tym trudno jest się przestawić z ciągłego gnania po wynik na normalne, spokojne życie z gazetą w ręku, pracą od - do i wizytami u rodziny. U mnie zawsze wszystko było szybko: regaty, trening, pakowanie, podróż itp. I oczywiście wszystko musiało być najlepiej. Z tego trzeba się leczyć. Z perfekcjonizmu, pracoholizmu. Co innego praca intelektualna, a co innego trening na świeżym powietrzu. Trening znam, umiem. Wiem jakie są moje możliwości. A jeśli chodzi o pracę intelektualną, to jak się "zajadę" może być nieciekawie. A mam tendencję do zatracania się w tym co robię?

- Czyli nie rozważasz powrotu do profesjonalnego uprawiania sportu?

- Znam sportowców, którzy wbrew wszelkim przeciwnościom kontynuują karierę. Ja nie mam w sobie aż takiego ciśnienia na wynik sportowy. Dla mnie życie jest zbyt cenne, moje zdrowie jest dla mnie zbyt cenne.

- Czy teraz śledzisz wydarzenia w windsurfingu?

- Interesuję się tym, co się dzieje w żeglarstwie. Na pewno ze sportu zupełnie nie odejdę. Jeśli będę mogła przyczynić się do promocji sportu - ale mądrej promocji - i dotrzeć do młodzieży, ich rodziców, oraz przede wszystkim do ludzi, którzy zarządzają sportem w Polsce, to będę to robić. Jestem w tym miejscu idealistką - chciałabym, żeby więcej dzieci i młodzieży miało dostęp do fachowej opieki sportowej. Dzisiaj wiele talentów marnuje się przez brak odpowiedniego systemu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje