Mariusz i Marta Fyrstenbergowie będą dalej razem podróżować

Mariusz Fyrstenberg od kilku lat jest w czołowej dziesiątce deblistów świata. W 2010 roku po raz pierwszy i to niemal przez cały sezon tenisowy towarzyszyła mu żona Marta, jeżdżąc z nim na większość turniejów, w których gra z Marcinem Matkowskim.

PAP: Właściwie państwo Fyrstenbergowie mają za sobą pierwszy rok przykładnego małżeństwa. Większość czasu spędzonego wspólnie na turniejach to dobry czy zły pomysł?

Reklama

Mariusz: Tak jest zdecydowanie lepiej, bo już nie ma czegoś takiego, że po trzech tygodniach się tęskni za domem i chce wracać, tylko można jechać na kolejny turniej i dalej grać. Poza tym Marta jest zawsze wsparciem, jakby trzecią osobą w naszym teamie. Na przykład nie musimy się z Marcinem kłócić między sobą, tylko zawsze możemy się kłócić z Martą i od razu jest lepsza atmosfera.

PAP: Czyli w 2011 roku będzie podobnie?

Marta: Tak, chyba się już przyzwyczaiłam do życia na walizkach i raczej mi to odpowiada. Jesteśmy ze sobą na co dzień, budzimy się rano, jemy razem kolację, spędzamy wieczory. Wcześniej czekałam aż mąż wpadnie na kilka dni, zanim ruszy dalej.

PAP: Czyli teraz dom jest miejscem, gdzie trzeba się przepakować przed kolejnym wyjazdem?

Marta: Zaraz po przyjeździe jest trochę rzeczy do zrobienia i uporządkowania, ale to już są moje obowiązki. Mariusz jest w pracy na turniejach, ja w domu. Jakoś to funkcjonuje dość sprawnie.

Mariusz: To o wiele lepsze rozwiązanie. Zresztą rozmawialiśmy o tym z innymi zawodnikami. Właściwie są zgodni, że jak się jest większość roku poza domem, a żona zostaje na miejscu, bo pracuje na stałe, to często są problemy, bo ludzie się odzwyczajają od siebie. A jeśli nawet nie, to samej kobiecie, na przykład z dziećmi, ciężko poukładać wszystkie życiowe sprawy. Myślę, że tak, jak teraz, jest zdrowiej dla nas.

PAP: Ale na dłuższą metę ciągłe latanie, lotniska, te same hotele i miejsca, robią się chyba męczące?

Mariusz: Może trochę tak, ale na przykład u mnie wciąż jest jeszcze silniejszy zachwyt tenisem niż znużenie. Do życia w hotelach się przyzwyczaiłem, ale nienawidzę lotnisk, zresztą Marcin podobnie. Gdybym miał inne źródło dochodów, to pewnie zdecydowałbym się na coś innego.

PAP: Czy po roku ciągłego oglądania meczów męża nie pojawił się przesyt tenisem?

Marta: Są żony, które spędzają na kortach każdą chwilę, czy to trening, czy mecze mężów, albo ich kolejnych przeciwników. Ja zdecydowanie do nich nie należę, a oglądam tylko mecze. Ważne jest dla mnie miejsce, w którym jestem, nawet jeśli dobrze znam to miasto. Lubię sztukę, a zawsze są jakieś wystawy, z czego chętnie korzystam. Przyzwyczaiłam się, że większość dnia spędzam sama. Lubię też czasem wybrać się na zakupy, jak każda kobieta, więc do sklepów też zaglądam. Jestem dość wybredną osobą, więc na ogół więcej jest wybierania niż kupowania. Mam za sobą dopiero pierwszy rok takiego podróżowania, więc na razie wciąż chłonę to wszystko. Nie mogę jednak wykluczyć, że za dwa czy trzy lata trochę się zmieni mój stosunek do tego.

PAP: A jakie miasto czy miejsce najbardziej zapadło w pamięć w ostatnim roku?

Marta: Od lat, nawet wtedy gdy pracowałam w banku, miejscem, do którego chętnie wracałam, był Nowy Jork. W tym akurat się z Mariuszem absolutnie nie zgadzamy, bo on nie lubi tego zgiełku, tłumu ludzi, smrodu. A mnie, nawet pomimo tego wszystkiego, w Nowym Jorku podoba się właściwie wszystko. Bardzo lubię też Miami i Indian Wells, to są dwa moje ulubione turnieje, no i przede wszystkim Australia z fantastycznymi ludźmi. Są bardzo otwarci, nie ma u nich sztuczności Amerykanów. Poza tym Sydney to chyba najładniejsze miasto, jakie znam. Jest czyste i przepięknie położone, co w połączeniu z wielką wodą robi niesamowite wrażenie.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: żona

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje