Marcin Gortat: Nie chcę spędzić świąt w hotelu

To najbardziej szalony okres przedświąteczny w karierze jedynego polskiego koszykarza w lidze NBA - Marcina Gortata. Po transferze z Orlando Magic do Phoenix Suns musi w krótkim czasie poznać zagrywki "Słońc" i znaleźć nowe mieszkanie.

Gdzie i w jakim gronie spędzi pan święta Bożego Narodzenia? Jak wygląda przeprowadzka z Florydy do Arizony?

Reklama

Marcin Gortat: - Na razie mieszkam w hotelu w Phoenix, ale w ciągu kilku dni chcę wynająć, jak najszybciej, mieszkanie, albo dom. Nie chcę spędzać Świąt Bożego Narodzenia w hotelowych ścianach. Cały czas jestem w kontakcie z ludźmi w Orlando Magic. Tylko dzięki nim moja przeprowadzka będzie możliwa w tak krótkim czasie. Świętowanie będzie w tym roku utrudnione, ale wiem, że mogę liczyć na obecność i wsparcie najbliższych - mojej dziewczyny Ani i przyjaciela Michała.

Czym są dla pana przenosiny z Orlando do Phoenix?

- Mam 26 lat i wchodzę w najlepszy czas dla koszykarza. Jestem gotowy na nowe wyzwania, a transfer do Phoenix jest właśnie takim wyzwaniem. Do tej pory nie miałem stabilności - raz grałem 4 minuty, raz 15 minut. Jeśli dostanę więcej minut na parkiecie, a mam nadzieję, że to się stanie w Phoenix, stabilizacja formy przyjdzie sama. Siedzenie na ławce w Orlando na pewno w niczym mi nie pomagało. Dwight był wszędzie - zdobywał punkty, "czyścił" piłki pod tablicami. Z nim grało mi się trudniej niż jako jego zmiennik. W Phoenix będzie inaczej, ale wiadomo, że będę miał słabsze mecze. To normalne, bo nie jestem robotem. Im szybciej ludzie zdadzą sobie z tego sprawę, tym lepiej dla wszystkich.

Pierwsze kilkadziesiąt godzin w Phoenix to...

- Badania lekarskie, a potem mnóstwo rozmów z trenerami, w klubie, z menedżerami. Szybkie poznawanie zagrywek i wiele godzin spędzonych na treningach.

Co chciałby pan znaleźć pod choinką?

- Zdrowie i najlepszy występ, na jaki mnie stać w obecnej formie. Nie czuję tremy przed meczem z Miami [zostanie rozegrany w nocy z czwartku na piątek polskiego czasu]. Czuję same pozytywne emocje. Jestem podekscytowany, że na takie spotkanie może przypaść mój debiut w "Słońcach". Jeśli wygramy, a ja będę miał duży wkład w sukces, to byłoby to coś niesamowitego i najlepszy prezent.

Czy znajduje pan czas między meczami, treningami, podróżami samolotami na robienie zakupów, i tych codziennych i tych świątecznych?

- To rzeczywiście jest problem. Te codzienne często robiłem sam w Orlando, ale ponieważ byłem coraz bardziej rozpoznawany, a ludzie w sklepach, na ulicach zbyt wścibscy, to zostawiłem to na głowie Ani. Do kupowania prezentów mam zaufanych ludzi, ale jasne że kupuję także sam. W meczach wyjazdowych często nasze hotele położone są blisko wielkich galerii. Wtedy można wyskoczyć na godzinę, nawet pół i przynieść torby pełne prezentów.

Plany sylwestrowe są już jasno sprecyzowane?

- Nie, bo sytuacja zmienia się ostatnio bardzo szybko... Gramy mecz 31 grudnia z Detroit, ale jestem przekonany, że potem będzie wolne. Przecież trenerzy, menedżerowie to też ludzie...

Najłatwiej przychodzi panu zdobywanie punktów z...

- Kontrataku i po akcjach typu pick and roll. Lubię szybką grę, czuję się wtedy bardzo dobrze. Najtrudniej jest w ataku pozycyjnym. Nie tylko dlatego, że to NBA i trenerzy nie lubią łamania schematów. Tę dyscyplinę wpoił mi Saso Obradovic w Kolonii. Za wychodzenie ze schematów byłem zawsze najbardziej ganiony. Właśnie dlatego, że tak dużo zawdzięczam trenerowi Obradovicowi, będę grał w Suns z numerem "4". Trzynastka jest już zajęta przez Steve'a Nasha.

Rozmawiała Olga Miriam Przybyłowicz

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: NBA | Orlando Magic | Phoenix Suns | Marcin Gortat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje