Małysz: Jak opatrzność pomoże, będzie złoto

Najlepszy polski skoczek narciarski Adam Małysz jest optymistą przed rozpoczynającym się w piątek w Kuusamo sezonem zimowym. Za cel stawia sobie zdobycie medalu olimpijskiego w igrzyskach w Vancouver (12-28 luty), najlepiej złotego.

"Na pewno otwarcie mogę mówić o tym, że medal jest moim celem. Do tego przygotowuję się; mam nadzieję, że ten cykl się sprawdzi i na olimpiadzie będę w wysokiej formie" - powiedział Małysz, który w poniedziałek gościł w Krakowie.

Reklama

Niespełna 32-letni zawodnik zdaje sobie jednak sprawę z tego, że nie będzie to łatwe zadanie. "To nie jest tak, że się przyjeżdża i mówi się, że teraz zdobędę medal, bo jestem w gazie. Tak samo byłem w niesamowitej formie w Salt Lake City i Simon Ammann, który miesiąc odpoczywał, pokrzyżował mi plany. Nie ma reguły. Trzeba mieć również szczęście i dobry dzień, ale wszystko będziemy w tym kierunku robić" - dodał.

Cieszyć się będzie z miejsca na podium, ale marzeniem jest złoty krążek. "Na pewno każdy medal sprawi mi wielką radość, ale ten złoty największą. Dwa medale olimpijskie - brązowy i srebrny już mam. Co innego sprawiłoby większą przyjemność, jak nie złoto? Każdy zawodnik głównie po to trenuje".

Dodatkowym atutem jest fakt, że igrzyska odbywają się w Kanadzie. "Tam zawsze mi się bardzo fajnie skakało. Dosyć szybko przyjmuję ten klimat, który tam jest. Dużo Polonii przychodzi na skoki, więc można poczuć się jak w kraju, a skocznie są tak specyficzne, że nawet mi odpowiadają. Jestem optymistą jeśli chodzi o olimpiadę i jeśli wszystko będzie tak, jak by się chciało, a góra pomoże, to będę na pewno zadowolony" - podkreślił.

Optymistyczne podejście do początku sezonu wiąże się z dobrze przepracowanym okresem przygotowawczym. Małysz, jak zaznaczył, plan wykonał w stu procentach. Jedyną przeszkodą, która stanęła na drodze, była kontuzja mięśni brzucha we wrześniu, przez którą musiał miesiąc odpoczywać.

"Po głowie chodziły mi wtedy różne myśli. To był przecież ostatni etap przygotowań. Odpuszczanie w tym momencie jest zawsze bardzo ryzykowne, ale wiedziałem, że muszę to zrobić, bo inaczej urazu się nie wyleczy. Trener Hannu Lepistoe ciągle mnie uspokajał, rozpisał nowy trening. Dlatego na pierwsze konkursy mogę nie być jeszcze przygotowany, tak jak to planowaliśmy" - przyznał Małysz.

Ten miesiąc przerwy, nie był według czterokrotnego zdobywcy Pucharu Świata stracony. "Cały czas nad różnymi rzeczami myślałem. Przygotowywałem się bardziej psychicznie do sezonu, a w październiku jak rozpoczęliśmy na nowo przygotowania, wszystko przebiegało dobrze. Treningi na pierwszym śniegu również. Można być tylko zadowolonym" - dodał.

Małysza cieszy również fakt, że w końcu udało mu się zlikwidować błędy, które zdarzały mu się popełniać w minionych sezonach. "Jestem zadowolony przede wszystkim z mojej techniki. Bardzo ją poprawiłem. Nawet to, co od iluś lat było w nawyku, udało się wyeliminować. Bardzo często na treningu już było ok i wszystko było poprawnie, ale na zawodach, gdy pojawiał się stres i chęci skoczenia dalej, te błędy pojawiały się znowu. Zaczynam to już kontrolować i wiem, że potrafię w rywalizacji skoczyć tak dobrze, jak na treningu" - zaznaczył.

Tegoroczne przygotowania do sezonu różniły się od tych z poprzednich lat. Po raz pierwszy czterokrotny mistrz świata trenował indywidualnie pod okiem własnego szkoleniowca - Lepistoe.

"Na samym początku było bardzo ciężko. Myślałem, że będziemy więcej wspólnie trenować z pozostałymi chłopakami. Trochę nam się plany pokrzyżowały i mimo że się widywaliśmy, to jednak częściej bywało tak, że się mijaliśmy. Jestem osobą, która chętnie jest w grupie, ale sytuacja zmusiła nas do czegoś innego" - powiedział.

Współpraca z fińskim szkoleniowcem układała się, zdaniem Małysza, znakomicie.

"Trener mnie zaskakiwał z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Coraz to wymyślał co innego, wprowadzał nowinki techniczne. Mieliśmy na przykład bezprzewodowy monitor i po oddanym skoku od razu go mogłem obejrzeć. Trenowałem w specjalnym ubranku, który był szyty na mnie z obciążeniem pięciu kilogramów. Po zrzuceniu tego od razu się lżej skakało. Dokupiliśmy też aparat fotograficzny, który w płynnej sekwencji nagrywał skoki. Robił tysiąc klatek na sekundę i zawodnik dzięki temu widzi dokładnie co wykonuje dobrze, a co gorzej. Hannu jest trenerem, który idzie z postępem czasu i który w nowinkach zawsze znajdzie coś przydatnego" - ocenił.

O konkurentach niechętnie się wypowiada, a z powrotu na skocznię Fina Janne Ahonena średnio się cieszy.

"Rywale na pewno są mocni. Z roku na rok dochodzą nowe, młodsze twarze i tym starszym zawodnikom jest coraz trudniej. Jeśli chodzi o Janne to ciężko powiedzieć, żebym się cieszył, bo pojawił się kolejny rywal. To przecież bardzo dobry zawodnik" - podkreślił i dodał, że "na pewno trzeba brać pod uwagę również Roberta Kranjca, który już w lecie bardzo fajnie się spisywał i skakał niesamowicie daleko. Z jego wyników w tunelu aerodynamicznym, które do nas dotarły bokiem, wynikało, że jest w bardzo dobrej formie. Wszystkie parametry miał najlepsze".

Przed pierwszym konkursem Pucharu Świata w Kuusamo Małysz nie stawia sobie żadnych celów. "Jest chęć sprawdzenia się. Zawsze czeka się na to, by zobaczyć jak inni zawodnicy skaczą i w jakim etapie przygotowań samemu się znajduje. Chętnie jadę do Finlandii, by się sprawdzić".

CZYTAJ TAKŻE:

Kamil Stoch marzy o medalu olimpijskim

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Kuusamo | medal | złoto | Adam Małysz | złoto | Adam Małysz - Vancouver 2010

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje