Maja: Zadziałał system Małysza

Upalny pekiński poranek okazał się jednym z najszczęśliwszych w życiu Mai Włoszczowskiej - zdobyła w sobotę srebrny medal w kolarstwie górskim. Na liczącej 26,7 km trasie ustąpiła jedynie Niemce Sabine Spitz.

Zawodniczka bez wahania zdradziła sekret swojej diety przedstartowej. Jak się okazuje jej, podobnie jak skoczkowi Adamowi Małyszowi, bardzo pasuje... bułka z bananem.

Reklama

"Większość kolarzy je przed startem makaron, ale na śniadanie to jakoś nie pasuje. Wraz z Olą zjadłyśmy musli z odrobiną gorącej wody i jogurtu, a do tego kawałek białego pieczywa z bananem i miodem. Można powiedzieć, że system Małysza poskutkował również w kolarstwie" - zaśmiała się Włoszczowska.

Włoszczowska jechała doskonale - przed nią była jedynie Spitz, która utrzymywała stałą przewagę. Z kolei Polka na każdym okrążeniu uciekała rywalkom i już w połowie trasy było pewne, że tylko defekt może odebrać jej srebrny medal. Los sprawił, że złoto okazało się jednak poza zasięgiem.

"Wielka szkoda, że na pierwszej rundzie upadek zaliczyła Marga Fulana, która jechała przede mną. Musiałam zejść z roweru i zbiegać. Właśnie ten moment wykorzystała Spitz i oderwała się od stawki. Ten epizod praktycznie zadecydował o losach złotego medalu - gdyby nie upadek Hiszpanki, to pewnie jechałabym z Niemką. Nie jest jednak powiedziane, że utrzymałabym się do samej mety. Najważniejsze, że mam medal" - podkreśliła po wyścigu zawodniczka zawodowej grupy MTB Halls Team i z dumą zaprezentowała wiszący na szyi srebrny krążek.

"Trasa była dużo trudniejsza niż w trakcie ubiegłorocznych zawodów kontrolnych. Szczególnie ciężkie były zjazdy. Ja miałam jeszcze gorzej, bowiem od trzeciej rundy pojawiły się problemy z hamulcami. Płyn zaczął się nagrzewać i uciekała mi klamka, a nie da się tego szybko naprawić. Musiałam być przez to ostrożniejsza na zjazdach. Jak się okazało na tych niebezpiecznych odcinkach uciekałam trochę rywalkom - pewnie zjeżdżałam szybciej przez tę usterkę" - kontynuowała 25-letnia zawodniczka.

"Jeśli chodzi o ten element wyścigu wielkie podziękowania należą się Markowi Galińskiemu (wystartuje w wyścigu mężczyzn - przyp. red.), który jeździł ze mną i Olą Dawidowicz po trasie. Uczył nas jak pokonywać trudne odcinki. Zdarzało mu się nawet nas pochwalić" - dodała.

Poranek w Pekinie był nieprawdopodobnie upalny. By wytrzymać trudy wyścigu zawodniczki pobierały napoje na każdym "bufecie" - dwukrotnie na okrążeniu.

"Pogoda nas bardzo martwiła - nie jest to klimat sprzyjający polskim zawodnikom. Zdecydowanie wolę kiedy jest chłodniej, nawet deszczowo. Nie ma co jednak narzekać - pogoda była identyczna dla wszystkich. Może dobrze się stało, że wyścig przełożono na 10.00 rano - było chyba chłodniej niż w piątek o 15.00. Byłam co prawda trochę niewyspana, ale to mi nigdy nie przeszkadzało" - wyjaśniła Włoszczowska.

"Mieliśmy specjalnie przygotowane, rozcieńczone żele energetyczne w bidonie. Przywiązywałam do picia wielką uwagę. Odwodnienie, to coś co może zawodnika zabić. Jak to mówimy w slangu kolarskim - odcina prąd i z drugiego miejsca spada się na dwunaste. Piłam więc gdzie tylko było to możliwe, nawet jeśli nie czułam pragnienia. Dzięki temu starczyło mi sił" -podkreśliła.

O swojej taktyce Włoszczowska powiedziała jedynie, że chciała zacząć spokojnie, nie szarżować na pierwszych rundach, bowiem wyścig był długi, a warunki trudne. Poza tym zamierzała z jak najwyższej pozycji zaczynać zjazdy, by kontrolować sytuację i nie zależeć o dyspozycji jadących przed nią. Udało się to wszystko zrealizować niemal w stu procentach.

Z wykształcenia polska zawodniczka jest matematyczką. Jak wyjaśniła wszelkie obliczenia statystyczne wykazywały, że medal był poza zasięgiem.

"Na szczęście jest jeszcze rachunek prawdopodobieństwa - według niego szansa była i okazało się to prawdą" - zakończyła.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje