Mądrzy po szkodzie

Doczekaliśmy się wreszcie w grze Polaków zaangażowania i walki. Szkoda tylko, że tak późno.

- Już wiemy skąd się bierze przysłowie "Mądry Polak po szkodzie" - powiedział Artur Boruc po wyjściu z szatni po meczu z Niemcami. Trudno się z nim nie zgodzić, bo gdyby nasi piłkarze zagrali z taką determinacją i wolą walki w pierwszym meczu z Ekwadorem, dziś wszyscy bylibyśmy w lepszych nastrojach.

Reklama

W Dortmundzie Polacy zagrali prawdziwy mecz walki, pierwszy raz od spotkania z Austrią w Chorzowie. Determinacja w przypadku naszej drużyny, jest rzeczą sporadyczną i wyjątkową. Inaczej jest z klasowymi drużynami, którym mecz bez zaangażowania i walki zdarza się raz na dziesięć spotkań. Taka jest różnica między naszą piłką, a futbolem na światowym poziomie.

Mecz z Niemcami pokazał, że zawodnicy, którzy mieli być liderami reprezentacji najbardziej zawiedli.

Maciej Żurawski rozegrał wczoraj jeden z gorszych meczów w reprezentacyjnej karierze. Jedno podanie do Jelenia oraz jedno do Lehmanna (przecież to nie był strzał!), to zdecydowanie za mało, jak na gwiazdę kadry i czołowego napastnika ligi szkockiej. Maciej nie udźwignął roli lidera. Bał się wziąć na siebie odpowiedzialność, co było widać, gdy przyjmował piłkę. Zamiast ruszyć w stronę bramki i minąć zwodem kilku rywali (on to przecież potrafi!!!), "Żuraw" szybko pozbywał się futbolówki. Jego rażące straty w środku pola, kilka razy naraziły nasz zespół na niebezpieczne kontrataki. Żurawski jest moim zdaniem największym rozczarowaniem w naszej kadrze podczas niemieckiego mundialu.

Drugim zawodnikiem, po którego grze spodziewaliśmy się znacznie więcej jest Jacek Krzynówek. Stałe fragmenty gry, które jeszcze nie tak dawno były jego znakiem firmowym, teraz wystawiają mu negatywną ocenę. Do tego zupełnie zapomniał jak przeprowadza się rajdy lewą stroną, jak celnie wrzuca się piłki ze skrzydła oraz jak uderza się zza linii pola karnego. Niestety w przypadku Krzynówka uwidocznił się brak gry w pierwszym składzie Bayeru, a jego forma została na ławce rezerwowych w Leverkusen. Trener Michael Skibbe pewnie dostanie list z podziękowaniami od Juergena Klinsmanna.

Swoistym ewenementem w kadrze jest Radosław Sobolewski, który po tym jak zamknął się na dziennikarzy (w ogóle nie udziela wywiadów), następnie wyłączył się z boiskowej rzeczywistości. On na murawie żyje własnym życiem, a gra jakby miał klapki na oczach. Zupełnie nie widzi otaczających go realiów.

Przypomnę, że sytuacja z czerwoną kartką nie jest jego pierwszym takim przypadkiem. W spotkaniu z Panathinaikosem we wrześniu 2005 roku Sobolewski w identycznej sytuacji otrzymał czerwoną kartkę i chwilę później marzenia Wisły Kraków o awansie do Ligi Mistrzów pękły jak mydlana bańka. Co ciekawe zarówno w Atenach, jak i wczoraj w Dortmundzie, do momentu otrzymania kary, Sobolewski był jednym z lepszych piłkarzy na boisku. Smutny jest los piłkarza, który zamyka się w swoim świecie.

Problem jednak w tym, że o Ligę Mistrzów można się bić co rok, a mistrzostwa świata są raz na cztery lata. Sobolewski jakby o tym zapomniał i moim zdaniem odpowiedzialność za porażkę z Niemcami spada głównie na niego.

Może z nim w składzie byśmy nie wygrali tego meczu, ale na pewno wynik bezbrakowy utrzymałby się do ostatniego gwizdka sędziego.

Andrzej Łukaszewicz, Dortmund

mundial2006.blog.interia.pl

Zobacz RELACJĘ z meczu

oraz

GALERIĘ zdjęć

Dowiedz się więcej na temat: Radosław Sobolewski | mecz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje