Literatura futbolowa. Nędza

Nie przestaje padać, co wpędzić może w stany depresyjne. W tak ponure dni człowiek zwyczajnie łaknie dobrej literatury. Zboczenie zawodowe pcha, rzecz jasna, do dobrych książek o futbolu. Niestety - w księgarni nędza w tej materii.

Do głębszego zastanowienia się nad tym ubóstwem zmusił mnie mój gwiazdkowy prezent - historia Manchesteru United w zdjęciach. Na początku stwierdziłem, że moja dziewczyna zakwalifikowała mnie do jakiejś grupy maniakalnej, nieuleczalnie chorej na futbol, bez widoków na poprawę i z tej szuflady już w jej oczach nie wyjdę nigdy, ale zupełnie szczerze jej podziękowałem. A było za co.

Reklama

Genialne zdjęcia, zwłaszcza ta seria George'a Besta z samochodami i kobietami, sorry, miss z dawnych lat. Facet miał zdrowie! Fantastyczne jest to, że zwykły album, okraszony niewielką ilością tekstu w języku angielskim (wydanie brytyjskie), może rozbawić (vide Best), wzruszyć (katastrofa w Monachium) i nauczyć najciekawszych historii, tylko przez podpisy pod fotografiami.

Tak sobie myślę, czy my, zachowując rzecz jasna skalę zdrowego rozsądku i wielkości, nie mamy swoich Manchesterów? Czy o Górniku Zabrze albo Legii Warszawa, nie da się wydać takiego albumu? Czy tam nie było żadnych wielkich meczów, gwiazd i legend? Zaraz mnie zasypiecie jakimiś tam "a przecież są takie albumy". Jeśli są, to muszą być na poziomie dna. W Polsce po prostu nie ma (z małymi wyjątkami, o których później) dobrej piłkarskiej literatury. Nic. Pustka, aż zęby bolą.

Z tęsknotą wzdycham więc do czasów, kiedy mogłem pójść do Borders, mojej ulubionej księgarni w Londynie, na Oxford Street, gdzie z kilkuset tytułów (tylko o piłce) można wybrać coś dla siebie. Zapierająca dech historia Barcelony (?Barca. People?s Passion) czy sen o potędze Chelsea ("Under the Blue Flag"), to były książki, przez które zarywałem noce, przegapiałem metro i spóźniałem się do college'u. Nie pochwalam oczywiście takich "perełek" jak pseudo biografie Ashleya Cole'a czy Rio Ferdinanda (plus pięć zakontraktowanych książek Wayne'a Rooneya), bo są one li tylko jakimś spełnieniem grafomańskich fantazji, a może po prostu punktów w kontraktach. Niestety, wyszła mizeria jeszcze większa niż wspomnienia Davida Beckhama.

Jego biografia jest nudna jak flaki z olejem, a zamiast ikony popkultury dostajemy faceta, za którego ktoś napisał lecącą patosem tandetną kupę wspominek. Facet, o którym miliony kibiców chcą wiedzieć wszystko, napisał mniej więcej, że stadion Realu Madryt jest ładny. Gorsza jest chyba tylko biografia Aleksa Fergusona. Dałem radę przeczytać 30 stron.

Beckham sprzedał nam lukier z pączka, a gdyby ujął tam choć trochę pikanterii, efekt byłby zgoła odmienny. Niestety, kiedy ktoś pisze prawdę, często uznawany jest za kłamcę albo wariata ? patrz: Wojciech Kowalczyk ("Kowal - prawdziwa historia"). Antoni Piechniczek i kilku innych, opisanych w książce do dziś na niego pomstują, ale warto było. Czytałem to jedną noc.

Od momentu wydania historii Kowala jeszcze tylko jedna książka biograficzna polskiego piłkarza zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie. Jerzego Dudka. Fajnie opowiedziana, z biglem i ciekawostkami. Naprawdę warto mieć to na półce. I na tym kończy się świat naszej futbolowej literatury.

Póki co więc, ze smutkiem ominąłem szerokim łukiem empikowy regał z książkami o piłce, bo nie uznaję twórczości na poziomie licealnym w stylu "przepisałem stare gazety i jeszcze trochę z internetu", a coś takiego tam widziałem. Nawet nie pamiętam tytułu. Tak już mam, że nie trawię oczywistości i szybko wylatują mi z głowy.

Na szczęście udało mi się kupić coś, co zrekompensowało mi długie i bezowocne poszukiwania. Z futbolem nie ma to jednak nic wspólnego. "Skafander i motyl" - książka poruszająca do łez, krótka, treściwa i bolesna lekcja o życiu. Napisana przez byłego naczelnego francuskiego magazynu "Elle" Jeana-Dominque'a Bauby'go. Człowieka, któremu wylew krwi do mózgu odebrał w ułamku sekund wszystko, co miał - piękne kobiety, szybkie samochody i wystawne kolacje. Los zostawił mu tylko jeden sposób porozumiewania się ze światem - oko, a właściwie mrugającą powiekę.

I tak Bauby, przykuty do łóżka szpitalnego, świadom nieuchronnej śmierci, każdego dnia spotykał się z ortofonistką, by dyktować jej książkę. Jak? Ona czytała mu specjalnie ułożony alfabet, on zaś w odpowiednim momencie mrugał. To co powstało, powinno zawstydzić wszystkich, którzy mają dwie ręce i oczy szeroko otwarte.

Dowiedz się więcej na temat: nedza | literatura | nędza

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje