LeBron James przyznaje się do grzechów

LeBron James nie ma czasu odpoczywać na prawie bezludnej wyspie, gdzie nikt go jeszcze nie zna. - Nic wielkiego, to zresztą nie w moim stylu - mówi James, który do Chicago przyjechał nie po to, by oglądać swój przyszły klub, ale promować dokumentalny film o czasach, kiedy naprawdę tylko niewielu wiedziało kim jest.

Film, który zaczął się jako studencki, 10-minutowy projekt Kristophera Belmana, a po znakomitym przyjęciu na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto, wejdzie w październiku do amerykańskich kin, jest finansowany przez LeBrona. Opowiadając o swoim najnowszym przedsięwzięciu, "Król" cieszy się tak, jakby właśnie zdobywał 50 punktów w finałach NBA.

Reklama

Najpierw "Shooting Stars"...

Kiedy LeBron przed kilkoma tygodniami promował swoją, przygotowaną do wrześniowej publikacji i napisaną wspólnie z Buzzem Bissingerem książkę "Shooting Stars", najwięcej zamieszania było wokół faktu, że przyznał się w niej do palenia marihuany i picia alkoholu. Szkoda, bo ta znakomita książka jednego z najlepszych amerykańskich autorów piszących o sporcie, pokazuje prawdziwego LeBrona: przyznającego się do tego jak bardzo woda sodowa uderzyła mu do głowy kiedy jako nastolatek z liceum pojawił się na okładce wpływowego "Sports Illustrated" i jak wiele nauczyła go późniejsza przegrana w finałach stanowych. LeBron opisuje także z wielką szczerością, jak miał przeciwko sobie zdecydowaną większość czarnej społeczności Akron w Ohio - tylko za to, że wybrał nie "czarne" liceum, ale to złożone w większości z białych studentów.

Co ciekawe, w książce jest fragment, który pasuje do kontrowersji z którą LeBron miał do czynienia po przegranej serii z Orlando Magic w tegorocznych finałach Konferencji Wschodniej NBA. Przypomnijmy, że James opuścił parkiet bez uściśnięcia ręki żadnego z graczy Orlando, lekceważąc konferencję prasową, za co doczekał się kary finansowej od NBA. Taka sama sytuacja miała miejsce w finale licealnych rozgrywek stanowych, kiedy cała drużyna St.Vincent's-St. Mary's, w której grał LeBron zeszła z parkietu bez pogratulowania zwycięzcom. Zrobili to dopiero, kiedy trener Dru Joyce kazał im iść do szatni zwycięskiej drużyny i uścisnąć rękę każdego z zawodników. To było wtedy, ale teraz LeBron w dalszym ciągu uważa, że nie zrobił nic złego. I ciągle wzbudza to w nim olbrzymie emocje, o czym przekonaliśmy się w Chicago.

- Nie będę za to przepraszał, bo nie ma takiego obowiązku. Powinienem pójść na konferencję prasową bo to do mnie należy, takie mam zobowiązania. Gdzie jest napisane, że muszę komuś gratulować? - mówił wyraźnie zdenerwowany LeBron. Tak zdenerwowany, że zaprzeczał temu, co widzi każdy kibic oglądający NBA playoffs - że po skończonej serii, zawodnicy sobie gratulują, ściskają sobie ręce. - Bycie dobrym sportowcem, grającym zespołowo nie ma nic wspólnego ze ściskaniem dłoni. Nikt po zakończeniu serii sobie nie gratuluje. Nigdy nikt tak nie robi. LeBron udowodnił tym tylko, że nie ogląda meczów koszykówki i... własnych kolegów, którzy dokładnie to robili po przegranej serii z Orlando.

"More Than A Game"

Temat został poruszony przy zupełnie innej okazji, kiedy "King"był w Chicago promować film dokumentalny "More Than A Game" (Więcej niż tylko gra). Bardzo prawdziwie, nie siląc się na moralizowanie, film pokazuje historię szkolnej, zaczynającej się w wieku 11 lat na koszykarskim parkiecie przyjaźni czwórki przyjaciół i ich trenera Dru Joyce'a, który prowadzi ich bardziej przez życie niż na drogę koszykarskiej sławy. Każdy z nich zaczyna z tego samego progu, marząc o karierze w NBA, ale z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem i mijającym rokiem staje się jasne, że marzenie ziści się tylko jednemu z nich.

- Słowo "sport" będzie znaczyło dla ludzi bardzo wiele na długo po tym, jak ludzie zapomną kim był LeBron James czy trener Joyce - mówi LeBron. - Film pokazuje marzenia młodych chłopaków z małego miasta, pokazuje, że spełnienie marzeń może trwać lata, że nie wszystko będzie się ładnie układało. Ale jeśli będziesz miał wokół siebie lojalnych przyjaciół, nic ciebie nie zatrzyma. Nigdy nie zależało mi na tym, żeby wszyscy zwracali na mnie uwagę. Do dziś najważniejsza jest dla mnie drużyna, bo koszykówka to sport zespołowy. Gdybym był tenisistą, byłaby inna historia, ale dla mnie zawsze ważniejszy jest sukces zespołu, a nie pochwały dla mnie - zakończył James.

Przemysław Garczarczyk, USA

ASInfo/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: orlando | Chicago | NBA | film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje