Lamine Diack: Polska? To Bydgoszcz

Prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) Lamine Diack na krótko odwiedził Barcelonę, by zobaczyć jak przebiegają 20. mistrzostwa Europy. W rozmowie z PAP przyznał, że Polska kojarzy mu się przede wszystkim z Bydgoszczą.

Lamine Diack: - Przepraszam, nie dosłyszałem, z jakiego jest pan kraju?

Reklama

Z Polski.

- Ach, z Polski? Polska to Bydgoszcz. Mam bardzo miłe wspomnienia z pobytu w tym mieście. Tam są świetni ludzie, którzy z wielkim sercem, z wielkim zaangażowaniem wykonali trudną pracę. Znakomicie zorganizowali najpierw mistrzostwa świata juniorów dwa lata temu, a w tym roku mistrzostwa świata w biegach na przełaj.

Zapomniał pan jeszcze o mistrzostwach świata do lat 18, które też odbyły się w Bydgoszczy w 1999 roku.

- Faktycznie, to był rok, kiedy w listopadzie wybrany zostałem szefem IAAF, po śmierci Włocha Primo Nebiolo. Nie byłem wtedy nowicjuszem w IAAF, gdyż pełniłem funkcję wiceprezydenta. Bardzo dobra opinia po mistrzostwach młodych lekkoatletów przyczyniła się do wzrostu zaufania do ludzi z Bydgoszczy i większej pewności, że powierzone przez nas zadania wykonają należycie.

Na długo przyjechał pan do Barcelony?

- Niestety, na krótko, zaraz odlatuję do Nairobi, gdzie zaczynają się mistrzostwa Afryki. To też będzie duża impreza, może nie taka, jak mistrzostwa Europy, chociaż Afryka jest większym kontynentem. Jednak są kraje, gdzie lekkoatletyka nie jest popularna, z wyjątkiem biegów. Dlatego też początkowo mistrzostwa Afryki nie były organizowane regularnie, ale już od 1996 roku ustalony został cykl dwuletni.

Ponoć tegorocznych miało nie być...

- Owszem, była niepewność. Mistrzostwa zaplanowane zostały w terminie na przełomie kwietnia i maja, jednak opóźniły się prace przygotowawcze. Kenia po raz pierwszy dostała tę imprezę, która odbędzie się na stadionie Nyayo w Nairobi i potrwa do 1 sierpnia. Zgłosiło się prawie 40 krajów, najwięcej w historii.

Po udanym mundialu w RPA mówi się o lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Afryce.

- Do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, zwłaszcza, do tak wielkich imprez. Nie jest to zadanie na jutro, a na dalszą przyszłość. W przyszłym roku mistrzostwa świata odbędą się w Daegu w Korei Południowej, a następne w Moskwie. Londyn i Pekin starają się o rok 2015, więc Afryka może myśleć o 2017.

W 2011 roku dobiegnie końca pana kadencja. Zamierza pan ją przedłużyć?

- Nie ode mnie wszystko zależy. Raz, od członków IAAF, którzy - co przyznam że jest miłe - zachęcają mnie do dalszego przewodniczenia, a dwa - od stanu mego zdrowia. 7 lipca skończyłem 77 lat.

Jedni pana chwalą, inni krytykują, najczęściej za politykę finansową. Ponoć IAAF jest coraz biedniejszy?

- Byłoby to cudowne, gdyby wszystkim organizacjom i każdej osobie można było dogodzić, sprostać oczekiwaniom, pomóc w realizacji marzeń. Tak się niestety nie da. IAAF nie jest wyjątkiem na naszej planecie. Trudna sytuacja ekonomiczna, która dotknęła wiele krajów, również odbiła się i na naszej federacji. Nie ukrywam też, że zadawnione sprawy dopingowe, które teraz zostały ujawnione, zniechęciły sponsorów. Każdy chce mieć czysty sport, dlatego podejmujemy różne działania w walce z dopingiem, także edukacyjne wśród młodzieży. Od roku wdrażamy specjalny program Real Winner. W to przedsięwzięcie zaangażowały się wielkie gwiazdy, m.in. Kajsa Bergqvist, Kelly Holmes, Stephane Diagana, Wilson Kipketer, Mike Powell.

W Barcelonie rozmawiał Janusz Kalinowski

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: mistrzostwa europy | mistrzostwa świata | IAAF

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje