Lakers pokonani w Staples Center

Niefortunnie dla Los Angeles Lakers kończą się starcia ze Seattle SuperSonics. W zeszłym sezonie "Jeziorowcy" dwukrotnie polegli w swej Staples Center w boju z ekipą Nate`a McMillana i by tradycji stało się zadość i w obecnych rozgrywkach to drużyna z miasta Boeinga pierwsza zdobyła kalifornijską twierdzę pokonując gospodarzy 104:93.

Podopieczni Phila Jacksona przegrali ostatni raz w Staples Center 1 kwietnia, by wygrać następnych 11 meczów. Tym razem gospodarzy pogrążył nieco zapomniany, bo i chimeryczny duet Gary Payton - Vin Baker. Rozgrywający SuperSonics zdobył 29 punktów notując przy tym 10 asyst. Baker zapisał na konto swej drużyny 2 "oczka" mniej i zebrał z tablic 9 piłek.

Reklama

Gdy 11-punktowy deficyt z początku drugiej kwarty Lakers na 90 sekund przed końcem kolejnej odsłony zamienili na prowadzeni 77:76 zdawała się, że nieuchronne jest ich 17. zwycięstwo w sezonie. Tymczasem na przełomie trzeciej i finałowej odsłony goście zdobyli 13 punktów z rzędu i kontrolowali sytuację na parkiecie do ostatniej syreny.

Trzecia w sezonie porażka Lakers obciąża zwłaszcza Kobe Bryanta. Snajper z Kalifornii pudłował niemiłosiernie (tylko 7/23 z pola gry) i zakończył zawody z dorobkiem 16 punktów. 37 "oczek" (plus 16 zbiórek) padło łupem Shaquille O`Neala.

Ozdobą starcia w Madison Sqaure Garden był pojedynek snajperski Latrella Sprewella (49 punktów) i Antoine Walkera (42). Ale, co z tego, że Sprewell wpakował Boston Celtics blisko pół setki punktów, skoro i tak New York Knicks polegli w starciu z drużyną Jima O`Briena 93:102.

Sprewell grał jak w transie, trafiając aż 18 z 32 rzutów z pola gry, w tym 6 z 10 zza łuku 7,24 metra, zadrżała mu jednak ręka w decydującym momencie. Na 6 sekund przed końcową syreną przy nikłym prowadzeniu Knicks 88:86 spudłował jedyny wolny w całym meczu (7/8) i po chwili Antoine Walker przedziurawił kosz rywali swą szóstą "trójką" w meczu i był remis po 89:89. W dogrywce niepodzielnie dominowali już goście, punktując ekipę Dona Chaney`a 13:4.

Coraz śmielej poczynają sobie Washington Wizards. Ekipa Douga Collinsa zanotowała ósmy triumf w sezonie ogrywając w Memphis miejscowych Grizzlies 91:81. I już nie po raz pierwszy okazało się, że nie koniecznie snajpersko musi się wysilać się Michael Jordan, by "Czraodzieje" wygrywali. Jordan w swej pierwszej oficjalnej grze w karierze w Memphis zdobył tylko 16 punktów (8/19 z gry i ani jednego egzekwowanego osobistego) podczas 31-minutowego występu i był dopiero trzecim strzelcem Wizards. O "oczko" więcej (plus 15 zbiórek) zaaplikował gospodarzom Brendan Haywood, a 30 punktów to sprawka Richarda Hamiltona.

- W Houston wykorzystaliśmy absencję Francisa, w Dallas Nowitzkiego, teraz wygraliśmy, gdy na liście kontuzjowanych są Stromile Swift i Nick Anderson. Cieszę się, że nie zmarnowaliśmy takich okazji do zwycięstw - podsumował trzeci triumf z rzędu swych podopiecznych Doug Collins. Goście na zwycięstwo zapracowali już w drugiej odsłonie, punktując Grizzlies 30:14. W trzeciej i czwartej kwarcie gospodarze spudłowali aż 32 z 45 rzutów.

Philadelphia 76ers powrót na parkiet rekonwalescenta Allena Iversona "uczcili" szóstą porażką z rzędu. Katem ekipy z Miasta Braterskiej miłości w starciu z Atlantą Hawks okazał się Jacque Vaughn, który celnym rzutem z półdystansu na 3 sekundy przed końcową syreną zapewnił swej drużynie nieoczekiwane zwycięstwo 89:87. Wniosek? Twardy orzech do zgryzienia ma teraz Larry Brown, bo jeśli zeszłoroczni finaliści ligi nie wygrywają z Iversonem rzucającym 34 punkty przy ponad 50-procentowej skuteczności (15/29) i z McKie (16 "oczek"), to coś jest nie tak.

Zobacz wyniki meczów z 11grudnia

Dowiedz się więcej na temat: goście | starcia | lakers

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje