Kto zatrzyma Iversona?

Fenomenalny występ Allena Iversona w drugim półfinałowym boju Konferencji Wschodniej z Toronto Raptors pozwolił Philadelphii 76ers wyrównać stan serii na 1:1.

Ligowy król strzelców niemal w pojedynkę rozprawił się z rywalami w hali First Union Center aplikując gościom - rekordowe w play off - aż 54 punkty i ekipa z Miasta Braterskiej Miłości triumfowała 97:92. Trzeci meczu już w piątek w Kanadzie. - Zawsze czuję, iż jedyną osobą, która może mnie zatrzymać jestem ja sam. Dla mnie liczy się tylko jedno - zwycięstwo - perorował supersnajper zespołu Larry`ego Browna i nikt tym razem, nie mógł mu mieć za złe braku choć cienie samokrytyki. Iverson przedziurawił kosz Raptors 21 razy na 39 prób z pola gry (w tym 3 celne rzuty zza łuku 7,24) i ani razu na 9 rzutów nie pomylił się z linii rzutów wolnych. Wprost genialnie zagrał w II i finałowej odsłonie zdobywając wówczas odpowiednie 20 i 19 "oczek". - W trzeciej kwarcie Allen miał krótki przestój, ale w czwartej był już fenomenalny - piał z zachwytu nad postawą lidera swego zespołu coach 76ers Larry Brown. Istotnie, między 25 a 36 minutą gry Allen przestrzelił aż osiem rzutów z placu gry, ale w końcówce meczu trafiał jak natchniony. Gdy na 76 sekund przed końcową syreną filigranowy "shooting guard" z Filadelfii trafił z mimo faulu obroncy, dodał punkt z osobistego i tablica świetlna pokazywał wynik 94:89, ponad 20 tysięczna widownia w hali First Union Center gromko skandowała pod adresem bohatera wieczoru "MVP, MVP".

Reklama

W cieniu Iversona pozostał Vince Carter. Lider ekipy z Toronto zdobył 28 punktów, ale nie był wstanie w kluczowych momentach udźwignąć ciężaru gry. Niech puentą meczu będą słowa Alvina Williamsa, który bezskutecznie próbował uprzykrzać życie Iversonowi - Jest to dla mnie bardzo frustrujące. To przecież ja miałem go (Iversona) zatrzymać, a ona mi wrzucił 54 punkty - wyznał ze skruchą Williams.

Dobiega kresu czas Dallas Mavericks w tegorocznych play off. Mimo atutu własnych klepek podopieczni Dona Nelsona przegrali już po raz trzeci z San Antonio Spurs, tym razem 104:90, i tylko cud może promować ich do finału Konferencji Zachodniej. Znów pierwsze skrzypce w zespole Gregga Popovicha grali "Twin Towers", którzy solidarnie zebrali z tablic po 14 piłek i mieli niemal identyczny dorobek punktowy (Robinson 19, Duncan 18). Mavs wciąż popisują się roztrzęsionymi i rękami i fatalną indolencją strzelecką. Po wyśrubowaniu niechlubnego rekordu klubowego do nędznej 34-procentowej skuteczności z pola gry, w meczu numer 2 i tym razem trafiali do kosza "Ostróg" niewiele częściej (34,7 procent celności).

Zobacz rywalizację w play off 2001

Dowiedz się więcej na temat: zatrzymanie | zatrzymana | toronto | play off

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje