Kibol - bezkarny wróg publiczny

To co zrobili w Kopenhadze kibole Legii dowodzi ostatecznie, że klub z Warszawy nie toczy walki z grupą fanów niechętnych jego władzom, ale z dobrze zorganizowanymi oddziałami profesjonalnych bandytów. I w pojedynkę tę wojnę przegra.

Walkę władz Legii z kibolstwem popieram w stu procentach. Wiem, jakie ryzyko niosą ze sobą stwierdzenia kategoryczne, ale popieram nawet w 200 procentach, bo i tak przez ostatnie lata zaniedbano w tej kwestii zbyt wiele.

Reklama

Kiedy jeszcze bywałem przy Łazienkowskiej codziennie, widziałem jak bandyci, którzy w niedzielę demolowali własny stadion, od poniedziałku przesiadywali w klubie bratając się z piłkarzami i szefami klubu. Liderzy kibolstwa panoszyli się po stadionie załatwiając na nim ciemne interesy i interesiki. Taka była i ciągle jest w naszej lidze świecka tradycja, żeby nie czepiać się jednej Legii - w wielu klubach bandy kibolskie miały, lub wciąż mają wiele do powiedzenia.

Bandyckie zwyczaje były w Legii tolerowane latami, a nawet ukrywane przez jej szefów, kibice uciekali, lub byli spychani na margines i niedoczekanie, jeśli trafili kibolom pod rękę. Nowe władze wiedzą jednak, że futbolowego biznesu na dużą skalę nie robi się z kibolami. Logiczne więc, że ich działania napotkały na tak silny protest kibolstwa. Ono walczy o przetrwanie i zachowanie swojej strefy wpływów.

Dyskusja nad chuligaństwem, rasizmem, antysemityzmem i ksenofobią na stadionach jest w istocie debatą o tym, dla kogo ma być w Polsce piłka nożna. Czy dla bandy chuliganów wyładowujących przy okazji meczu swoje najgorsze instynkty, czy dla normalnych ludzi, którzy chcą się bawić bezpiecznie i na poziomie?

Odpowiedź jest w zasadzie banalna, większość z nas wskaże tę drugą. Kibol to człowiek z marginesu, który niszczy stadiony i odstrasza normalnego widza od wydania pieniędzy na bilety. Nikt przytomny nie chodziłby przecież do teatru, gdyby obok siadali ludzie niebezpieczni. W ten sposób kibolstwo z hasłami pełnymi frazesów o miłości do klubu, w rzeczywistości go niszczy. Bez normalnych biznesowych reguł, piłka może istnieć najwyżej w klasie B.

Dlaczego zwalczanie patologii na stadionach napotyka na tak potężny opór? Zbyt wielu ludzi w Polsce jest po przeciwnej stronie barykady, ale też zbyt wielu po cichu uznaje, iż stadion jest właśnie miejscem dla kibolstwa. Taki polski kompromis z marginesem: jeśli gdzieś musi istnieć, to przecież, nie w kinie, teatrze, albo filharmonii.

Na mecze piłkarskie chodzi hołota - ten stereotyp obowiązywał przez lata i wciąż ostatecznie nie wyszedł z modny. Piłkę uważa się za rozrywkę niskich lotów w związku z tym nie ma się co dziwić, że lubią ją ludzie niskich lotów. A jeśli uwielbiamy ją sami, to raczej przyznajemy, iż to słabość zbłąkanej duszy.

W 1989 roku Polak wziął się za budowę nowego kraju. Skupił się na polityce, biznesie, podróżach po świecie. Sport, a szczególnie piłkę pozostawił w łapkach oszustów, krętaczy i kibolstwa, a ci przeniknęli do sportowego krwiobiegu. Czy to coś dziwnego, że czują się w nim gospodarzami? Kibole przy Łazienkowskiej krzyczą z trybun: "Legia to my, a nie wy" na serio wierząc, że to oni, a nie właściciele klubu są u siebie.

Niedawno nastała w Polsce moda na sport, a z nią powszechne zdziwienie, że tak wielu prezesów klubów ma mentalność kiboli, że działacze PZPN nie reagują na rasizm, albo antysemityzm. Oni zwyczajnie nie nawykli do wysokich standardów. Cieszą się, gdy jadą na mecz, na którym nikt nie zginie. Okrzyk: "j..PZPN" jest na polskich stadionach tak powszechny, tak bezkarny, że aż całkowicie normalny. PZPN toleruje takie okrzyki, dlaczego miałby nie tolerować transparentu, że "Widzew to Żydzi", a "Roger nigdy nie będzie Polakiem"?

Prezes klubu, działacz piłkarski, piłkarz, a nawet wielu kibiców to ludzie obyci i oswojeni z kibolstwem: dla nich ono było, jest, będzie i nie ma o co kopii kruszyć. Sądy i policja skarżą się na prawo i kluby rozkładając ręce. Ile razy widzieliśmy burdy na polskich stadionach, które rejestrowała kamera, a policja ogłaszała, że nikomu nic udowodnić nie było można? Jakby rozbój na ulicy i na stadionie, to nie było takie samo przestępstwo.

Wszyscy mamy na tym polu przynajmniej dwie dekady zaniedbań. Euro 2012 mogłoby być impulsem i w tej dziedzinie. Albo powalczymy o piłkę, albo zostawimy ją na pastwę kibolstwa. To co się stało w Kopenhadze to dowód, że władze Legii nie toczą wojny ze zbuntowaną grupą fanów, którym nie podobają się ich rządy, ale z profesjonalnie przygotowaną do konfrontacji mafią kibolską.

Ta wojna jest bardzo trudna. Nikt nie chce się w niej babrać dopóki nie musi. A UEFA myśli szablonowo: każdy, kto ma flagę Legii jest jej kibicem, dlatego za burdy z Kopenhagi, odpowiadał będzie klub i drużyna Jana Urbana. Bez wsparcia wszystkich: od rządu, sądów i PZPN, Legia tę wojnę z chuligaństwem przegra.

CZYTAJ CAŁY TEKST I DYSKUTUJ NA BLOGU DARKA WOŁOWSKIEGO

Czytaj też:

Kibole bili się w parku

Dwóch policjantów dotkliwie pobitych

Cenny remis Legii

Dowiedz się więcej na temat: klub | nozna | PZPN | Legia Warszawa | sport | kibole | Wróg publiczny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama