Kamila Chudzik: To dopiero początek

"Ten sukces to dopiero początek" - uważa Kamila Chudzik (AZS AWFiS Gdańsk). W poniedziałek wieczorem podopieczna Sławomira Nowaka stanęła na podium lekkoatletycznych mistrzostw świata, odbierając brązowy medal, który zdobyła w siedmioboju.

- Do ostatniej wielobojowej konkurencji, biegu na 800 m, podchodziła pani będąc na drugiej pozycji z przewagą 37 punktów nad Niemką Jennifer Oeser i 102 nad mistrzynią olimpijską Ukrainką Natalią Dobrynską. W czasie rywalizacji Niemka upadła.

Reklama

Kamila Chudzik: Spojrzałam szybko na telebim, żeby sprawdzić, czy się podniosła. Ale ona się nie poddała, a ja musiałam przyspieszyć. Twarda jest.

- Miała pani chwile zwątpienia w czasie dwóch dni rywalizacji?

- Pierwszego dnia w ogóle nie brałam pod uwagę, że zdobędę medal. O podium pomyślałam dopiero po skoku w dal. Trochę się zmartwiłam po oszczepie, bo takim minimum było 50 m, a rzuciłam tylko 48,72. Chyba jakieś magnesy były w trawie, które przyciągały grot do siebie, dlatego tak szybko spadał. Ale tak naprawdę to wszystko się udało, bo nikt przecież nie liczył na to, że sięgnę po medal.

- Ma pani jakiś ulubiony moment w wieloboju?

- Tak. Jak po biegu na 800 m można się położyć na tartanie.

- W czym widzi pani jeszcze szansę poprawienia się? Gdzie można jeszcze szukać punktów?

- Na pewno w biegu na 800 m. To moja pięta Achillesowa. Dużą szansę na poprawę widzę też w skoku wzwyż. Mój rekord wynosi 181 cm, w sobotę uzyskałam zaledwie 174, więc tutaj są też rezerwy. Jestem jeszcze młodą zawodniczką, więc wiele przede mną, dlatego wierzę, że w każdej konkurencji mogę tych punktów jeszcze trochę dorzucić. Tutaj parę setnych, tam parę centymetrów i się uzbiera.

- Jak się zaczęła pani przygoda ze sportem?

- Dosyć szybko trafiłam na bieżnię. Już w szkole podstawowej rywalizowałam w czwartkach lekkoatletycznych i wygrałam rzut piłeczką palantową. Uzyskałam wtedy chyba 63 metry i w nagrodę pojechałam na wycieczkę do Paryża.

- Co było potem?

- Zaczęłam w Kielcach, skąd pochodzę, rzucać oszczepem. Do liceum przeniosłam się do Warszawy do Szkoły Mistrzostwa Sportowego na ul. Zuga.

- Skąd ten pomysł, by z Kielc przyjechać do Warszawy?

- To rodzice zadecydowali za mnie. Moja mama pewnego dnia znalazła tę szkołę w internecie. Los chciał, żebym tam trafiła. Zadzwoniła, a ówczesny dyrektor sportowy SMS Janusz Merwa powiedział, żebym przyjeżdżała jak najszybciej. Po czterech dniach byłam już w Warszawie.

- Jak się przystosowała pani do nowego miejsca?

- Chciałam tego, więc byłam też optymistycznie nastawiona. Najtrudniejszy był pierwszy miesiąc. Zamieszkałam w internacie, ale z drugiej strony cieszyłam się, bo uwolniłam się od rodziców, nie byłam pod stałą kontrolą.

- Przez trzy lata stała pani w miejscu, niewiele się poprawiała wynikowo. W takich chwilach wielu sportowców się załamuje.

- Podporą dla mnie byli rodzice. To oni byli siłą napędową i to oni bardziej chcieli, żebym trenowała, niż ja sama.

- Sporo ludzi przestało po tych trzech latach w panią wierzyć. Dlaczego została pani przy sporcie?

- Niektórzy uważali, że ze mnie już nic nie będzie. Słyszałam komentarze, że niepotrzebnie idę do Gdańska i raczej powinnam skończyć z treningami. Nawet zaczęłam w to wierzyć i zostałam przy tym z przyjemności trenowania. Lubię to robić i spotykać się z innymi sportowcami.

- Co może być przyjemnego w treningu wieloboju?

- Urozmaicenie. Nie mam tu monotonnych treningów, zawsze jest coś innego. Czasami rzucam, innym razem biegam, czy skaczę, a nie w kółko to samo.

- Skąd się wziął trener Sławomir Nowak w pani życiu?

- Spotykałam się z nim na obozach kadrowych. Wtedy już trenowałam wielobój. Tak się poznaliśmy.

- Ale to pani przyszła i spytała, czy mógłby panią trenować?

- To ja poszłam do niego, a tak naprawdę to poszłam do jego żony i spytałam się, czy nie zechciałaby mnie przygarnąć. Zgodziła się i w następnym roku już byłam w Gdańsku.

- Dobrze, to jak to się w końcu stało, że trafia pani do trenera Nowaka?

- Przed moim przyjazdem do Gdańska wyniknęła sytuacja, po której trener Nowak stracił wszystkie zawodniczki. Odeszły od niego i nie miał kim się zajmować, więc się mną zajął.

- Czy łatwo się pani z nim współpracuje? To jeden z najlepszych trenerów na świecie, można być onieśmielonym na początku.

- Zgadza się, ale ja wspominam bardzo dobrze początki. Trener był zawsze bardzo miły w stosunku do mnie, nie miałam żadnego problemu.

- Jak wygląda wasza współpraca na treningu? Potrafi pani przeciwstawić się w pewnych kwestiach?

- Nie robię tego. Ufam mu bezgranicznie w sprawach treningowych.

- Co robi pani poza sportem? Czym się pani interesuje?

- Nie mam za dużo czasu na inne zainteresowania. Jak mam wolne to chodzę ze znajomymi do kina, czytam książkę, a najbardziej lubię się położyć i odprężyć.

- Teraz jak już ma pani brązowy medal mistrzostw świata, to chyba się trochę marzenia zmieniły?

- Nie zmieniły się. W tym roku akurat tak się stało, że wytworzyła się luka, bo wielobolistki nie porobiły aż takich wyników. Rok temu mój rezultat nie dałby mi miejsca na podium igrzysk olimpijskich, a teraz się udało.

- To jaki sobie pani następny cel stawia?

- Może rekord Polski Małgorzaty Guzowskiej-Nowak. (6616 pkt - przyp. red). A poza tym kolejne medale imprez rangi mistrzowskiej.

- O czym teraz pani myśli?

- Wyłącznie o wakacjach. Czeka mnie jeszcze jeden start w lidze seniorów, a potem odpoczynek. Dokąd pojadę jeszcze nie wiem, ale na pewno się gdzieś wybiorę.

- Zastanawiała się pani nad tym, że teraz trochę życie się zmieni?

- Nic się nie zmieni. Tak samo będę trenować i starać się ciągle poprawiać, jak było i do tej pory.

Z Berlina - Marta Pietrewicz

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: podium | medal

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje