Justyna Kowalczyk: Żeby mi tylko trener nie uciekł

Justyna Kowalczyk, brązowa medalistka zimowych igrzysk olimpijskich w Turynie, obawia się, że może wkrótce stracić trenera Aleksandra Wierietielnego.

- On ma tak niską pensję w PZN, że być w może w trosce o byt rodziny będzie musiał szukać pracy gdzie indziej - powiedziała biegaczka podczas środowej uroczystości w centrum olimpijskim PKOl.

Reklama

Kowalczyk, brązowa medalistka w biegu na 30 km techniką dowolną, dostała w środę nagrodę Polskiego Komitetu Olimpijskiego wynoszącą 60 tysięcy złotych. Prowadzący ją trener Aleksander Wierietielny został za swoją pracę wynagrodzony kwotą 40 tysięcy złotych. Kowalczyk przysługuje również 6 tysięcy złotych premii za ósme miejsce w biegu łączonym.

Wierietielny jest związany kontraktem z PZN do końca kwietnia tego roku. Sam mówi, że chce go przedłużyć. Decyzja w związku jeszcze nie zapadła, ale prezes Apoloniusz Tajner powiedział, że współpraca będzie kontynuowana.

- Można powiedzieć, że teraz zaczynam karierę. Mam świetnego trenera, współpracuję ze znakomitym doktorem Robertem Śmigielskim i zaczynam robić dobre wyniki. Ale nie wszystko jest super. Podczas przygotowań i w sezonie trener musi o wszystko walczyć. To się musi zmienić, bo on jest od trenowania, a nie załatwiania różnych rzeczy - podkreśliła Kowalczyk.

- Trener jest coraz starszy i trzeba go trochę odciążyć. On teraz razem z Andrzejem Michałkiem całe dnie przygotowuje narty dla mnie, Janusza Krężeloka i Maćka Kreczmera. Poprosiliśmy związek o zaangażowanie doświadczonego serwismena, który mógłby uczyć Andrzeja. Wtedy trener poświęciłby się pracy ze mną, a nie z nartami. Związek nie zareagował entuzjastycznie, ale może przychyli się do tej prośby. Serwismena wynajmuje na przykład Czeszka Katerina Neumannova. Płaci dużo, ale o nic się nie martwi i narty zawsze jadą - dodała biegaczka.

Kowalczyk i Wierietielny poprosili także związek o przeznaczenie na ich potrzeby drugiego samochodu. - W przyszłym roku startuje cykl prestiżowych zawodów Tour de Ski. Będziemy musieli się bardzo szybko przemieszczać i drugi wóz będzie niezbędny - tłumaczyła 23-letnia zawodniczka.

W połowie czerwca 2005 roku okazało się, że 23 stycznia w trakcie zawodów Pucharu Świata w Oberstdorfie w organizmie Kowalczyk wykryto dexametazon. FIS zdyskwalifikował ją na dwa lata. Później zawieszenie skrócono do roku. Biegaczka wróciła do startów w PŚ dopiero 30 grudnia w Novym Mescie.

- Paradoksalnie można powiedzieć, że ta dyskwalifikacja mi pomogła. Wtedy nawiązał ze mną kontakt doktor Śmigielski, od którego otrzymałam bardzo duże wsparcie. Ten okres zawieszenia to był cios dla mojej ambicji. Wróciłam bardzo zmotywowana. Do ciężkich treningów nie trzeba mnie było zachęcać, raczej trzeba było pilnować, żebym nie przesadziła - mówiła Kowalczyk.

- Teraz nartki to moje życie. Kiedyś celem będzie założenie rodziny, a wiecie, że ja cele lubię osiągać. Ale na to jeszcze trochę poczekamy. Teraz obok trenowania muszę się skupić na studiowaniu, bo zaległości mam duże. Teraz przez dwa miesiące chcę nadrobić ile się da - dodała biegaczka, która obecnie jest na trzecim roku katowickiej AWF.

Brązowa medalistka 20. ZIO nie ma w kraju rywalek. Mistrzostwa Polski wygrywa w cuglach, ale to jej nie przeszkadza.

- Na razie nie potrzebuję konkurencji. Trenuję z chłopakami i z tego jestem zadowolona. Poza tym dużo czasu spędzam na obozach sama, tylko z trenerem i serwismenem. Wtedy osiągam najlepsze wyniki. Tak jest dobrze i nie chcę tego zmieniać - stwierdziła Kowalczyk.

Dowiedz się więcej na temat: PZN | uciekł | Justyna Kowalczyk | Justyna | Kowalczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje