Justyna Kowalczyk: Chcieli mnie zdyskwalifikować

Bieg łączony na 15 km (2x7,5 km) kosztował Justynę Kowalczyk sporo sił fizycznych, ale też nerwów. I to nie tylko dlatego, że o zdobyciu przez nią brązowego medalu decydowała fotokomórka. - Chcieli mnie zdyskwalifikować. Niewiele brakowało, a doszłoby do tego - kręciła głową na mecie "Królowa nart".

O co komisja sędziowska miała pretensje do Polki? Okazało się, że tuż przed zmianą nart (doszło do niej na półmetku) Justyna zbyt wcześnie przeszła z klasycznego na krok łyżwowy.

Reklama

- Na jednym z zakrętów przy zmianie torów zrobiłam łyżwę na "klasyku", ale na szczęście ilość kroków, jakie wykonałam łyżwą nie była na tyle duża, aby mnie zdyskwalifikować. To były ledwie trzy-cztery kroki łyżwą, ale decyzja o wykluczeniu mnie wisiała w powietrzu - opowiadała TVP Justyna Kowalczyk.

Z tego właśnie powodu 27-letnia biegaczka popłakała się. - Jak zobaczyłam, że mogę być zdyskwalifikowana po raz pierwszy w życiu, pobeczałam się. Nawet tego czwartego miejsca byłoby bardzo szkoda - przyznała.

Po tym jak wicemistrzyni olimpijska w sprincie przekroczyła linię mety, długo czekała na odczytanie fotofiniszu. Najpierw na tablicy pojawiło się nazwisko Polki na czwartej pozycji. Chwilę później zmieniono decyzję. Kowalczyk nie mogła jednak odetchnąć, bo od razu została poproszona do jury, by wyjaśnić całą sytuację.

- Pokazali mi, gdzie tkwił mój błąd i chcieli bym się wytłumaczyła. Próbowałam jak mogłam, widocznie było dobre. Dwie minuty później była decyzja pomyślna dla mnie - opowiadała.

Na finiszu biegaczka z Kasiny Wielkiej dała z siebie wszystko, przez co nie do końca wie, co się działo na ostatnich metrach. - Pamiętam tylko, że myślałam jedynie o tym, żeby być tuż za Anną Haag, nie odpuścić jej tylko być za Anną nie odpuścić. Anny nie udało się dogonić, ale za to wyprzedziłam Kristin Steirę. Pewnie tylko dlatego, że mam długie i chude nogi (śmiech) - opowiadała szczęśliwa brązowa medalistka.

Zawodniczka AZS-u AWF-u Katowice przyznała, że po przekroczeniu mety wiedziała, że wyprzedziła Norweżkę.

- Widziałam Steirę kątem oka na ostatnich metrach. Jak wpadłam na metę wydawało mi się, że to ja byłam pierwsza. Potem jak zobaczyłam, że jestem czwarta to pomyślałam, że kolejny finisz i kolejne gów... - wspomniała.

Wyścig na 15 km miał sporą dramaturgię nie tylko z uwagi na zaciętą końcówkę. Srebrna medalistka z pierwszej biegowej konkurencji - 10 km techniką dowolną - Estonka Kristina Smigun-Vaehi nie wytrzymała trudów trasy i wycofała się jeszcze przed półmetkiem! Justyna nie ukrywała, że również miała kryzys.

- W klasyku ciężko pracowałam, próbowałam zmęczyć inne dziewczyny, ale się nie udało. Kosztowało mnie to sporo sił i mogłam nawet zakończyć bieg, bo byłam zmęczona. Dlatego ten brązowy medal to jest 100 procent tego, co mogłam osiągnąć na tej trasie. Owszem, popełniałam błędy, ale to są po prostu moje wyżyny możliwości taktycznych i technicznych - mówiła samokrytycznie Kowalczyk.

"Królowej nart" został jeszcze start na morderczym dystansie 30 km stylem klasycznym (27 lutego).

- Mam nadzieję, że Marit się w końcu zmęczy, a jak nie, to ukłony dla niej, że się potrafiła pozbierać po tym, co przeszła. Długo jej nie było w Pucharze Świata, trenowała w górach, ale ja zawsze mówiłam, że ona się pozbiera. I niestety się nie pomyliłam. Nie zapominajmy też, że 30 km, to specjalność Marit - ona jest mistrzynią świata na tym dystansie, ja jeszcze nie - podkreśla Justyna Kowalczyk.

Czytaj także:

Kowalczyk zdobyła drugi medal w Vancouver!

Gubała: Na Kowalczyk ciążyła duża presja

Maciuszek: Bieg Justyny był fantastyczny

"Justyna walczyła, ale Bjoergen była fantastyczna"

Lista sukcesów Marit Bjoergen

11. medal dla Polski na zimowych igrzyskach

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama