Grzegorz Sandomierski: Zawaliłem

Przez 90 minut meczu z Widzewem Jagielloniia straciła tyle goli, co... przez 900 we wcześniejszych spotkaniach. W sobotę defensywa lidera Ekstraklasy była dziurawa jak szwajcarski ser.

- Myślę, że łodzianie niczym specjalnym nas nie zaskoczyli. Naszym głównym zadaniem było jednak to, aby odciąć od podań Marcina Robaka i Darvydasa Sernasa, bo wiedzieliśmy, że to dwaj bardzo groźni piłkarze. Zresztą, oba gole tego pierwszego to klasa sama w sobie - uważa Tomasz Frankowski, napastnik białostocczan.

Reklama

To, o czym wspomina wicelider klasyfikacji strzelców, czyli odcięcie napastników od podań, najbardziej zawiodło w sobotniej konfrontacji. Polsko-litewski duet stworzył sobie kilka niezłych sytuacji podbramkowych, a goście specjalnie im tego nie utrudniali. Wystarczy wspomnieć choćby dwa gole Robaka, kiedy był zupełnie niepilnowany.

- Przy pierwszym trafieniu to ja się nie popisałem. W niegroźnej sytuacji wypuściłem piłkę z rąk, a ta wyszła na rzut rożny. No i potem padła bramka. Zawaliłem, ale nie zamierzałem się załamać. Trzeba było grać dalej - opowiada serwisowi INTERIA.PL Grzegorz Sandomierski, który aż czterokrotnie wyjmował piłkę z siatki. Również cztery gole Jagiellonia straciła w dziesięciu wcześniejszych meczach (wliczając Puchar Polski).

- Wiem, że jesteśmy słynni z dobrej obrony, ale łodzianie są też znani z tego, że mają świetnych napastników. I tym razem to oni byli górą. Takie mecze czasem się zdarzają, ale oby jak najrzadziej. Nie załamujemy się, teraz musimy jak najszybciej się podnieść. To na pewno nie jest ani spadek formy, ani początek kryzysu - dodaje Sandomierski.

Trenera Michała Probierza zmartwiła jednak zapewne fatalna postawa defensorów w ostatnim meczu ligowym. Pozostaje mu jedynie liczyć, że to zwykły wypadek przy pracy. No i liczyć na powrót Thiago Cionka.

Dowiedz się więcej na temat: gole

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama