Gołota odpiera zarzuty

- Nie wymuszałem haraczy, nie chodziłem z bejsbolem, nie kradłem na Dworcu Centralnym w Warszawie. Święty nigdy nie byłem, ale za te kłamstwa ktoś odpowie - tak Andrzej Gołota skomentował w "Przeglądzie Sportowym" swoją domniemaną współpracę z mafią.

- Nie wiem co w tej chwili zrobię. Jak znajdę trochę czasu, to podam paru ludzi do sądu. Kłamać też trzeba umieć - stwierdził Gołota w "PS".

Reklama

Polskiemu pięściarzowi chodzi o rewelacje zawarte w artykule "Gołota, przyjaciel gangsterów", który ukazał się w jednym z ogólnopolskich dzienników. Jak zeznał "Masa", skruszony gangster związany z mafią pruszkowską, Gołota miał wchodzić w skład grupy przestępczej, która ściągała haracze z agencji towarzyskich, pubów, komisów samochodowych i kantorów. Jego słowa potwierdza wysoki rangą oficer Centralnego Biura Śledczego: - Gołota zanim wyjechał do USA, w połowie lat 90., był jednym ze ściągaczy długów i haraczy dla gangu.

"Masa" stwierdził dalej, że Gołota był przyjacielem "Pershinga", jednego z szefów Pruszkowa, który często gościł w USA na walkach pięściarza, a na początku lat 90. bokser działał również w grupie złodziei kieszonkowych na Dworcu Centralnym w Warszawie, która później zajęła się handlem narkotykami.

- W Stanach po takich oszczerstwach bez dowodów nie musiałbym się już z nikim bić na ringu do końca życia. Kasy by wystarczyło - powiedział Gołota w "PS". - Kiedy miałem być tym kieszonkowcem? Jak sobie dobrze przypominam, to przyleciałem do Stanów w 1990 roku i nie mogłem wrócić do Polski aż do 1996, bo byłem poszukiwany (za pobicie - przyp. red.). To kiedy i jak ja kradłem na Centralnym - na odległość pomiędzy zawodowymi walkami w Atlantic City i Las Vegas? - dodał.

INTERIA.PL/Przegląd Sportowy
Dowiedz się więcej na temat: Warszawa | zarzuty | gołota

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy