Gatlin i Ramzi gwiazdami, Polacy bez błysku

Dwie rzeczy są pewne po 10. mistrzostwach świata w lekkiej atletyce. Pierwsza - Justin Gatlin i Rashid Ramzi przejdą do historii.

Druga - występ polskiej reprezentacji był dostateczny. - Może na trójkę z plusem - powiedział Robert Korzeniowski.

Reklama

W Helsinkach pobito trzy rekordy świata, najwięcej od 1995 roku. Co ciekawe wszystkie przypadły kobietom. Olimpiada Iwanowa w rekordowym czasie przeszła 20 km, Jelena Isinbajewa pokonała poprzeczkę na wysokości 5,01 m, a w ostatnim dniu Osleidys Menendez rzuciła oszczepem aż 71,70 m.

Na bieżni o rekordy było znacznie trudniej, gdyż przeszkadzały trudne warunki, a w szczególności często padający deszcz. Pierwszym bohaterem imprezy był zwycięzca 100-metrówki z Aten Justin Gatlin. Amerykanin najpierw wygrał 100 m, co nie było może dużym zaskoczeniem, a później udowodnił swoją królowanie w sprintach na dystansie dwukrotnie dłuższym.

Gatlin poszedł więc w ślady swojego rodaka Maurice'a Greene'a (tytuł na 100 i 200 m w 1999 roku w Sewilli), a mógł dopisać do swojej kolekcji kolejne złoto. W eliminacjach sztafety Amerykanie zaryzykowali jednak wystawienie kilku żółtodziobów, co skończyło się zgubieniem pałeczki.

- Źle bym się czuł, biegając z obcą flagą - stwierdził Robert Korzeniowski, oglądając Rashida Ramziego świętującego po zwycięstwie na 800 m. Marokańczyk, który w 2001 przeniósł się do Bahrajnu i zyskał tamtejsze obywatelstwo dzięki wstąpieniu w szeregi armii, czuję się jednak najwyraźniej znakomicie. W wielkim stylu wygrał także na 1500 m, stając się pierwszym zawodnikiem w historii MŚ z dubletem na średnich dystansach.

A co z tą Polską?

Po raz pierwszy od 1999 roku nie zdobyliśmy złotego medalu. Biorąc po uwagę ilość krążków (2) to zdobyliśmy ich o jeden więcej niż przed dwoma laty w Paryżu. Jednak złoto ma unikalną wartość, tym bardziej, że żaden z naszych reprezentantów tym razem nie miał realnych szans zdobycie tytułu.

Najcenniejszy medal zdobyła Monika Pyrek, która wywalczyła srebro w skoku o tyczce. To była walka tylko o srebro, bo... złoto było w innej lidze. W lidze, w której występuje tylko jeden zespół o nazwie Jelena Isinbajewa. Pyrek stanęła na podium, na którym miejsca zabrakło dla Anny Rogowskiej, która skakała w Helsinkach koszmarnie technicznie.

W pewnym sensie mieliśmy w Finlandii powtórkę z Edmonton. Na cztery wówczas wywalczone medale, dwa były łupem Pyrek i Szymona Ziółkowskiego. Nasz młociarz zrobił to co do niego należało, rzucał równo i solidnie. Efekt - miejsce na najniższym stopniu podium.

Warto zauważyć, że oba medale dla Polski zdobyli członkowie grupy Elite Cafe. Prezes firmy Jacek Kazimierski walczył o stanowisko szefa PZLA z Ireną Szewińską, która zapowiada zmianę systemu kwalifikacji. Przepustką mają być wyniki podczas MP, które organizowane byłyby dwa tygodnie przed wielką imprezą.

Jeśli chodzi o klasyfikację punktową (40 "oczek"), to przebiliśmy Paryż, a nawet ustanowiliśmy drugi wynik w historii naszych startów w MŚ. Więcej punktów zdobyliśmy tylko najlepszej dla nas pod tym względem imprezie w Edmonton (50 pkt).

Zawodu nie sprawiły sztafety, a dziewczyny z 4x100 swoim wejściem do finału sprawiły miłą niespodziankę, także sobie. Na ich awans do finału nikt nie liczył. Warto stawiać na ten skład, bo pokazał jak z niczego można dojść do sukcesu.

Przyzwoicie radzili też sobie chodziarze i maratończycy. Na 1500 m w finale powalczyła Anna Jakubczak, natomiast zupełnie nie zaistniały rzuty, poza wspomnianym Ziółkowskim. Wyłączając tyczkę, fatalnie jest też w skokach.

Słowem, jest sporo do zrobienia. Tylko czy ma to kto zrobić?

Witold Cebulewski, Helsinki

Dowiedz się więcej na temat: złoto | pyrek | Justin Gatlin

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje