Byście o sile (Patriots) nie zapomnieli

W ciągu kilkunastu minut po meczu na Wembley miałem okazję wysłuchać ludzi stanowiących o sile Patriots - coacha Billa Belichicka, rozgrywającego Toma Brady'ego i odbierającego Wesa Welkera. Wniosek: umieją tworzyć wielki zespół pomimo tego, że prywatnie naprawdę się różnią.

Brady to prawie celebryta, związek z modelką, zawsze uśmiechnięty i w świetnie skrojonym garniturze (również na konferencji pomeczowej).

Reklama

Dowodzi nim Belichick, który nawet gdy się stara nie jest zbytnio sympatyczny, ani medialny. Jednak pod względem wiedzy futbolowej i "wyciągania" maksa z danego mu materiału ludzkiego stoi chyba najwyżej spośród coachów w NFL. Charakterystyczne, że jako atrakcję z pobytu w Londynie wymienił zwiedzanie bunkrów, z których w II wojnie światowej dowodził Winston Churchill. Szkoleniowiec Pats w swoim cynizmie i skuteczności bardzo go przypomina.

No i wreszcie mający nieco nonszalancki styl Wes Welker, o którym Brady powiedział, że "jest zawsze tam, gdzie by powinien". Rzeczywiście Welker jest tym elementem w ofensywie Pats, który przeważa. Welker to taka wisienka na torcie. Ten chłopak z niczego (czytaj: krótkich podań w stylu West Coast Offense") potrafi uczyni zabójczą broń.

Ta trójka to New England Patriots w mikroskopie. Ta trójka uosabia klub, w którym obowiązuje zasada: "po pierwsze drużyna". Klub, który w pierwszej dekadzie XXI wieku sięgnął już po dwa tytuły i wygrał najwięcej meczów obok Indianapolis Colts.

I chociaż nigdy nie przepadałem za Patriots, to w Londynie miałem wrażenie, że ekipa z przedmieść Bostonu nie powiedziała ostatniego słowa.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama