Australia oszalała na punkcie Cadela Evansa

Ponad 30 tysięcy osób powitało na Placu Federacji w Melbourne zwycięzcę tegorocznego wyścigu Tour de France Cadela Evansa. Australijczyk, jak przystało na kolarza, przyjechał na rowerze ubrany w żółtą koszulkę triumfatora "Wielkiej Pętli".

Wcześniej zanosiło się, że Evans znajdzie czas na wizytę w kraju dopiero w październiku, po zakończeniu sezonu kolarskiego. Pierwszy zwycięzca "Wielkiej Pętli" z antypodów, a trzeci w historii spoza Europy, znalazł jednak czas przed wyścigami w Stanach Zjednoczonych.

Reklama

"Jestem dumny z tego, że przywiozłem tu tę koszulkę i możemy razem świętować. To wszystko jest wspaniałe, a wy pewnie przyszliście tu zamiast iść do szkoły lub pracy?" - powiedział do zgromadzonego tłumu.

Australia oszalała na jego punkcie. Tuż po triumfie w TdF prześcigano się w pomysłach, w jaki sposób odpowiednio uczcić ten sukces. Proponowano postawienie mu pomnika bądź nazwanie jego imieniem jednego z mostów. Pojawił się nawet pomysł, by 24 lipca nazwać - od koloru koszulki lidera i zwycięzca wyścigu - "żółtym dniem" i ustanowić go wolnym od pracy, ale premier Julia Gillard wykluczyła taką możliwość.

Nocną transmisję z ostatniego etapu Tour de France oglądało prawie 2,5 mln osób, czyli ponad 10 procent mieszkańców kraju. W tym roku żadna audycja telewizyjna nie cieszyła się tak dużą popularnością.

34-letni kolarz przyznał, że jego życie zmieniło się po zwycięstwie w TdF, ale pewne rzeczy pozostały takie same.

"Pokonywanie podjazdów wciąż jest wyczerpujące. Do następnego Touru pozostało jedenaście miesięcy, a ja mam do wykonania mnóstwo pracy" - powiedział Evans, który 1 sierpnia przedłużył kontrakt z drużyną BMC do 2014 roku.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje