Asy i Cieniasy 27. kolejki Ekstraklasy

Czego uczy bramka Meliksona? Kto w 20 minut zrobił więcej niż jego koledzy w dwa miesiące? Jak naprawdę wygląda walka o utrzymanie? Przed wami podsumowanie 27. kolejki Ekstraklasy!

Ekstraklasa: Wyniki, tabela i strzelcy ligi polskiej - Kliknij!

Reklama

"Piłka jest nieprzewidywalna" - pomyślałem sobie, kiedy pochodzący z Izraela Maor Melikson zdobył dla Wisły gola w derbach Krakowa. Jak się okazało, bramka ta dała "Białej Gwieździe" nie tylko zwycięstwo nad Cracovią, ale i 13. tytuł mistrza Polski.

Gol Meliksona powinien dać też trochę do myślenia bardzo niewielkiej, acz istniejącej, grupce kibiców Wisły, która od dłuższego czasu ma problem z osobami pochodzenia semickiego. Jak się okazało, żyjemy w takim świecie, że nie warto się do kogokolwiek uprzedzać, bo nie dość, że Izraelczyk, to jeszcze sympatyczny człowiek, no i świetny zawodnik.

Z prawdziwymi fanami Wisły mocno identyfikuje się Patryk Małecki, który obok Meliksona był największym bohaterem derbów. "Mały" zaliczył asystę i w swoim stylu szarpał z przodu, do tego zasuwał na boisku niesamowicie zmotywowany. Co prawda, w kilku sytuacjach źródła tej motywacji wydawały się cokolwiek niezdrowe (słowne starcie z Saidim Ntibazonkizą na początku meczu. Przyjrzyjcie się, co mówi Patryk do ciemnoskórego zawodnika "Pasów"...), ale ostatecznie w dużej mierze dzięki Małeckiemu Wisła wygrała odcinek 183. "Świętej Wojny".

W drużynie Cracovii po raz kolejny nie wyróżnił się niczym Bartłomiej Dudzic, który ostatniego gola w lidze zdobył w listopadzie ubiegłego roku. Gwoli ścisłości dodajmy, że Dudzic gra na pozycji napastnika. Trudno powiedzieć, z czego wynika wiara trenera Szatałowa w umiejętności tego gracza, ale prawdopodobnie z braku rozsądnych zastępców.

Szernas nie podaje, ale umie strzelić

Przed meczem Widzewa Łódź z KGHM Zagłębiem Lubin nasz wysłannik z Łodzi, Piotrek Tomasik, dotarł do informacji, według których trener Czesław Michniewicz miał być już tak zniecierpliwiony słabą formą Darvydasa Szernasa, że aż posadził Litwina na ławce. Polski Mourinho zarzucił Litwinowi, że ten nie widzi (nie chce widzieć?) pod bramką przeciwnika lepiej ustawionych kolegów i nie podaje im piłki. W 74. minucie meczu z Zagłębiem Szernas sam jednak dostał podanie od... obrońcy rywali - Fernando Dinisa i wpakował piłkę do siatki.

Ozdobą meczu w Łodzi była akcja Dudu, który najpierw założył "siatkę" Przemysławowi Kocotowi, a potem dośrodkował idealnie na głowę Krzysztofa Ostrowskiego, który zdobył ładnego gola.

Wielka bura od Lenczyka

Śląsk Wrocław po niesamowitej drugiej połowie pokonał PGE GKS Bełchatów i drużyna, która na początku rundy jesiennej pałętała się w strefie spadkowej, na trzy kolejki przed końcem rozgrywek jest na drugim miejscu w tabeli. Wejście smoka zaliczył Cristian Diaz (zastąpił fatalnie grającego Łukasza Madeja), który w 20 minut zrobił więcej, niż większość polskich ligowców przez dwa miesiące.

Argentyńczyk mianowicie w sobotę strzelił dwa gole i dostał czerwoną kartkę. W doliczonym czasie gry, ukarany już wcześniej "żółtkiem", postanowił manifestować swoją radość ze zdobytego gola ściągając koszulkę. Wydawało się, że poczciwiec zapomniał sobie, iż takie zagrania karane są przez arbitra kartonikiem, ale gdzie tam! Po ujrzeniu czerwonej kartki, Diaz zadowolony z siebie opuścił boisko.

A w szatni czekał już trener Orest Lenczyk, który pewnie zrobił Latynosowi tęgą burę, bo wszelkie przejawy głupoty to jest to, co tego szkoleniowca doprowadza do furii. Bez wątpienia Diaz w formie przydałby się Śląskowi bardziej na boisku, niż na trybunach.

"Bajeczny" mecz rozegrali we Wrocławiu środkowi obrońcy Bełchatowa - Mate Lacić i Marcin Drzymont. Lista ich błędów była mniej więcej tak długa, jak lista gości zaproszonych na niedawny ślub Williama i Kate. Lacić i Drzymont prokurowali karne, zakładali nieudane pułapki ofsajdowe i niczym rasowi rozgrywający podawali piłkę napastnikom Śląska. Bagaż czterech bramek to i tak najniższy wymiar kary za taką bezmyślność.

Wesoło w Kielcach, smutno w Bytomiu i Gdyni

Na dole tabeli trwa tzw. walka o utrzymanie. Jest ona tak zażarta, że w ostatniej kolejce swoje mecze przegrały Polonia Bytom i Arka Gdynia, a także - jak już wiecie - Cracovia.

Wycieczkę po dnie Ekstraklasy rozpocznijmy od Bytomia. Polonia długo remisowała z Górnikiem, ale w ostatnich minutach wpadła na pomysł, by strzelić zabrzanom jeszcze jednego gola. Pomysł karkołomny, biorąc pod uwagę, że swojego dnia nie miał grający na szpicy Blażej Vaszczak. No, ale bytomianie nacierali i to ich nacieranie skończyło się tak, że Górnik wyprowadził kontrę i zdobył zwycięskiego gola. Konkretnie uczynił to Słowak Robert Jeż, który prawdopodobnie jedną nogą jest w stanie zrobić więcej zamieszania, niż Vaszczak obiema i jeszcze głową.

Po powrocie do polskiej ligi nie doszedł jeszcze do formy napastnik Korony, Dawid Janczyk. "Nie doszedł do formy" to zresztą delikatnie powiedziane. Dla Janczyka wyrównanie osiągnięcia obrońcy kielczan, Pavola Stano, który zdobył już w tym sezonie pięć goli, może przez kolejny sezon stanowić mission impossible.

Arka porażkę w Kielcach zawdzięcza głównie rezerwowemu bramkarzowi, Hieronimowi Zochowi. Zoch nie potrafił przeciąć dośrodkowania Pawła Sobolewskiego do Stano, po którym padła bramka, a swoimi niepewnymi interwencjami wzbudzał wesołość widzów na stadionie Korony.

Na podwórku w Białymstoku

Podwórkowy poziom zaprezentowały zresztą nie tylko Arka i Korona, ale też drużyny, które chciałyby walczyć o znacznie wyższe cele. Na przykład Legia i Jagiellonia. "Jaga", prowadzona jeszcze ciągle przez Michała Probierza, tylko zremisowała bezbramkowo ze stołeczną drużyną, chociaż rywale zrobili wiele, aby przegrać mecz w Białymstoku.

Przez ostatnie pół godziny Legia grała w dziewiątkę, bo z boiska wylecieli Ivica Vrdoljak i Ariel Borysiuk. O ile jeszcze faul Vrdoljaka na wychodzącym na czystą pozycję Tomaszu Frankowskim da się usprawiedliwić, o tyle Borysiukowi wyraźnie zagrzała się głowa i dostał kartkę wyłącznie za własną nieodpowiedzialność.

Szczęście Legii w Białymstoku polegało na tym, że w bramce stołecznego zespołu stał Wojciech Skaba. Tylko tyle trzeba było, by z trudnego do niedawna terenu wywieźć punkcik i zachować szanse na ligowe podium. Wracając jeszcze do Jagiellonii - pamiętacie, jak po porażce "Jagi" z Polonią Warszawa odtrąbiliśmy koniec walki o mistrzostwo? Prawdę mówiąc równie dobrze mogliśmy to zrobić już w momencie, gdy swój podpis na kontrakcie z Sivassporem składał Kamil Grosicki. Bez niego Jagiellonia to nie ten sam zespół.

Cień "Kolejorza" wystarczył na Ruch

Nie tą samą drużyną, co w Lidze Europejskiej, jest w Ekstraklasie Lech Poznań. "Kolejorz" to obecnie cień zespołu, który kładł na łopatki Juventus i Manchester City. Jak się okazało w sobotę nawet cień tamtego Lecha wystarczył, aby pokonać pnący się ostatnio w górę tabeli Ruch Chorzów.

Dziwny to był mecz w wykonaniu Matko Perdjicia. Bramkarz "Niebieskich" najpierw puszczając lekki strzał Jacka Kiełba sprezentował poznaniakom gola, ale potem kilka razy świetnie bronił w trudnych sytuacjach i uchronił swój zespół przed pogromem.

Trener Lecha Jose Maria Bakero znowu pomieszał trochę w składzie (Bartosz Bosacki usiadł na trybunach), ale tym razem "Kolejorz" rozjechał rywali i wciąż ma realną szansę na miejsce na podium i awans do Ligi Europejskiej.

Grali tak, że bolały zęby

O puchary powalczą w tym sezonie także piłkarze Lechii Gdańsk, którzy jednak w spotkaniu z Polonią Warszawa nie pokazali nic, co kazałoby przypuszczać, że w Europie byliby w stanie coś ugrać. Mecz w Gdańsku, który zapowiadał się całkiem ciekawie, był jednym z nudniejszych spotkań w 27. kolejce.

Gdyby nie to, że na boisku trochę zamieszania robili Adrian Mierzejewski i Ivans Lukjanovs, to kibice przez okrągłe 90 minut mieliby pewnie takie miny, jak prezes Polonii, Józef Wojciechowski, który na trybunach strasznie się krzywił, patrząc jak jego piłkarze męczą się z rywalami.

Bliżej zwycięstwa była mimo wszystko Lechia, której gracze w kluczowych momentach nie potrafili jednak wykorzystać okazji do zdobycia gola. W bramce Polonii znakomicie spisywał się bowiem tego dnia Sebastian Przyrowski, który w ładnym stylu odbił piłkę po strzale Kamila Poźniaka, a potem zatrzymał szarżującego na bramkę Abdou Traore. No i efekt jest taki, że po 27. serii spotkań 10. w tabeli Polonia wciąż ma szanse na awans do Ligi Europejskiej, a słusznie krytykowany w ostatnich latach Przyrowski zasługuje wyłącznie na pochwały.

Piłka jest nieprzewidywalna.

Czytaj inne teksty Bartka i dyskutuj z nim na blogu - Kliknij!

Dowiedz się więcej na temat: koledzy | Ekstraklasa | asy i cieniasy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje