Asy i Cieniasy 12. kolejki T-Mobile Ekstraklasy

Takich meczów chciałoby się oglądać jak najwięcej. Spotkanie Lecha Poznań z Legią Warszawa było jedynym z najlepszych w tym sezonie T-Mobile Ekstraklasy, mimo że nie padły w nim żadne bramki.

Kibice, którzy wybrali się w niedzielne popołudnie na Stadion Miejski w Poznaniu i zasiadający przed telewizorami, nie mieli prawa narzekać. Cały pojedynek był bardzo interesujący, a sama końcówka wprost niesamowita.

Niesamowita końcówka

Reklama

W ciągu kilku minut obie drużyny przeprowadziły akcje, które nie tylko mogły, ale powinny zakończyć się golem. Do dzisiaj chyba Ivica Vrdoljak zadaje sobie pytanie, jak mógł przenieść piłkę nad poprzeczką z dwóch metrów, Luis Henriquez zastanawia się, w jaki sposób Jakub Wawrzyniak zdążył wybić futbolówkę sprzed linii bramkowej, po uderzeniu Panamczyka, a Artiom Rudniew myśli o tym, jak Duszan Kuciak obronił jego strzał po centrze Rafała Murawskiego.

Nic dziwnego, że poziom meczu Lecha z Legią predestynował go do miana Asa kolejki, indywidualnie wyróżniamy jeszcze Kuciaka i Murawskiego.

Śląsk Wrocław spotkaniem z Lechią Gdańsk zaczynał nową erę. Klub z Dolnego Śląska w piątek zainaugurował nowy obiekt, na który przyszło aż 42 771 widzów, czyli komplet. I gospodarze wywalczyli trzy punkty. Stało się to za sprawą Johana Voskampa. Napastnik Śląska wykorzystał zamieszanie w polu karnym, po tym, gdy Marek Wasiluk zaatakował w wyskoku bramkarza Wojciecha Pawłowskiego. Sędzia Robert Małek nie dopatrzył się faulu. Wasiluk zagrał piłkę głową, ale przy okazji staranował golkipera rywali, a ten nie był w stanie się na czas podnieść, co wykorzystał Holender posyłając futbolówkę do siatki.

Lechia miała duże pretensje do arbitra tego meczu. Szczególnie za sytuację w 84. minucie, kiedy Rafał Gikiewicz miał sfaulować szarżującego Piotra Wiśniewskiego. Bramkarz Śląska nie trafił w piłkę, ale również nie zahaczył zawodnika gości, który przeskakując nad nogami sam o nie trącił, więc nie ma mowy o rzucie karnym i błędzie arbitra.

PGE GKS Bełchatów wygrywając z KGHM Zagłębiem Lubin wydźwignął się ze strefy spadkowej spychając w nią rywala. Kolejny dobry mecz w ekipie gospodarzy rozegrał Kamil Kosowski. 34-letni pomocnik asystował przy bramce Grzegorza Barana (szóste ostatnie podanie w tym sezonie), a także miał duży udział przy zwycięskim golu Pawła Buzały. To on dośrodkował spod linii końcowej w kierunku Dawida Nowaka, który zgrał piłkę wprost na nogę Buzały. "Kosie" należy się więc As, a przyznaję go także Baranowi. To twardy środkowy pomocnik, skupiony głównie na przerywaniu ataków przeciwnika, który w meczu z Zagłębiem zrobił coś więcej niż zazwyczaj, czyli strzelił do siatki. "Dużo bramek nie zdobywam, więc cieszę się podwójnie" - powiedział Baran po meczu, dla którego był to dopiero drugi gol w Ekstraklasie.

Koniec Urbana

Pojedynek w Bełchatowie był ostatnim dla Jana Urbana w roli trenera KGHM Zagłębia Lubin. "Tak się gra, jak przeciwnik pozwala, a GKS nie pozwolił nam na wiele. Trzeba powiedzieć, że kiedy byliśmy przy piłce niewiele mogliśmy zrobić. W wielu fazach spotkania tylko przeszkadzaliśmy rywalom" - mówił Urban. Jego podopieczni zagrali bardzo słabo, za co karę poniósł trener. My wybieramy go Cieniasem, a Zagłębie zastąpiło go Czechem Pavlem Hapalem.

Widzew Łódź przez prawie godzinę grał w dziesiątkę w meczu z Cracovią, ale w akcjach ofensywnych nie było tego widać. "Pasy" dłużej utrzymywały się przy piłce, ale rzadko potrafiły zagrozić bramce przeciwnika, a jak im się to już udało to na posterunku był Maciej Mielcarz, który bronił bardzo pewnie. Jedynego gola strzelił natomiast Przemysław Oziębała, który w wyjściowej jedenastce znalazł się w wyniku błędu Andrzeja Górala. Kierownik Widzewa wpisał jego nazwisko do protokołu, choć od początku miał zagrać Piotr Mroziński. Oziębała już w dziewiątej minucie wybawił Górala z kłopotu zdobywając jedyną, jak się później okazało, bramkę.

O Cracovii nie da się powiedzieć nic dobrego. Zaczęło się od zderzenia Wojciecha Kaczmarka z Koenem van der Biezenem w polu karnym gości, co sprokurowało gola dla łodzian. Potem była nieumiejętność gry w przewadze, trzy czerwone kartki: Milosz Kosanović, Mateusz Bartczak i Bojan Puzigaca, z których tylko ta dla Barczaka (przy drugiej żółtej nie faulował Mindaugasa Panki) była niezasłużona, a o mało nie skończyło się po meczu bójką Kaczmarka z Puzigacą. Ostatnie miejsce w tabeli nie jest przypadkowe.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje