Arcydzieło Adama Małysza

Trzy złote olimpijskie medale odebrał Adamowi Małyszowi niewiarygodny Simon Ammann, ale i bez nich kariera polskiego skoczka jest sportowym arcydziełem.

Z pozoru to Małysz, w swoim ostatnim solowym olimpijskim starcie potrzebował bardziej tego zwycięstwa. Simon Ammann miał już trzy złote medale igrzysk, co stawiało go w pierwszym rzędzie obok Mattiego Nykaenena. Polak próbował zrealizować swe ostatnie sportowe marzenie, ale jeszcze raz Szwajcar zachowywał się w powietrzu jakby miał przyczepione do ramion silnik i skrzydła.

Reklama

Los bywa sprawiedliwy. Pokrzywdzony mógłby czuć się Polak osiem lat temu, gdy na igrzyskach w Salt Lake City złoto odebrał mu 21-latek, który wcześniej nie wygrał choćby raz w Pucharze Świata. W Whistler mieliśmy już do czynienia z wielkim mistrzem, który tworzył historię na naszych oczach. Były trener Nykaenena, a dziś Małysza - Hannu Lepistoe nie ma wątpliwości, że Ammann jest wybitniejszy nawet od "Latającego Fina". "Dlatego te srebrne medale tak nas cieszą, bo przegraliśmy z kimś wyjątkowym" - mówi.

Ammann cieszy się jeszcze bardziej, bo on z kimś wyjątkowym wygrał. Kariera Adama Małysza łączy kilka pokoleń skoczków od Jensa Weissfloga, po Gregora Schlierenzauera. Polak był świadkiem wielu niebotycznych wzlotów i upadków, sam nigdy nie ograniczając się do roli statysty. Dlatego nazywany dziś skoczkiem wszech czasów Szwajcar podkreśla, że to Adam Małysz bardziej niż on sam, przypomina tenisistę Rogera Federera.

Gdyby wczoraj mieli wygrać ci, którzy najbardziej tego potrzebują, dobry los musiałby wspomóc Martina Schmitta. Pierwszy wielki rywal Małysza od ośmiu lat heroicznie walczy o powrót do formy. A Janne Ahonen? Przez 20 lat kariery pięciokrotny triumfator Turnieju Czterech Skoczni zdobywał medale na igrzyskach wyłącznie w drużynie. Małysz nie musi zazdrościć nikomu, karierę ma wzorcową - ocierającą się o sportowy ideał. A przecież nie urodził się w Skandynawii, Niemczech, lub krajach alpejskich.

Gdyby tak wehikuł czasu cofnął nas do jesieni 1996 roku, gdy wujek Jan Szturc namawiał 19-letniego dekarza z Wisły, by rzucił kombinację norweską dla skoków, moglibyśmy się zorientować, z jakiego poziomu startował ten, który ma prawo dziś grymasić na olimpijskie medale. Ma prawo, ale rzecz jasna tego nie robi, bo jest świadomy, że los nie wyrządził mu krzywdy.

38 zwycięstw w Pucharze Świata (więcej ma tylko Nykaenen), po cztery Kryształowe Kule, złote medale mistrzostw świata i medale olimpijskie, a w 2001 roku wygrany Turniej Czterech Skoczni, od którego zaczęło się zjawisko zwane "małyszomanią". Wtedy skłonni byliśmy sądzić, że nadzwyczajne loty Polaka, to efekt tajemnej pracy fizjologów i psychologów. Dziś wiadomo, że to jego własna praca i upór doprowadziły go do miejsca, w którym nawet najwięksi czuliby spełnienie.

Kilka razy wydawało się, że koniec jest blisko, że przegrał z rywalami, z czasem, że przypomina Syzyfa beznadziejnie zmagającego się z ciężarem ponad ludzkie siły. Od niemal trzech lat w Pucharze Świata nie wygrał ani razu, a jednak trwał na skoczni w zaciętym uporze. Być może kilku mistrzów odeszło zbyt wcześnie nie wytrzymując presji ironicznego chichotu, Małysz przetrwał wszystko i dowiódł, że w kluczowych sprawach, warto wierzyć we własne racje. Dzięki nim mogliśmy przeżyć sportową opowieść o chłopaku z Wisły, który dostał od losu taki dziwny dar unoszenia się w powietrzu i "wycisnął" z niego wszystko, co było można.

Dariusz Wołowski

DYSKUTUJ O ARTYKULE Z DARKIEM WOŁOWSKIM!

Czytaj też:

Adam Małysz: Anioły mnie poniosły

Ammann: Zakończyć karierę w glorii i chwale

Małysz: Po Turynie wysyłali mnie na emeryturę

Małysz: Mam nadzieję, że telewizory nie pospadały

Małysz zdobył srebro na skoczni K-125. Złoto dla Ammanna

Szczęśliwa czwórka Adama Małysza

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama