Anita Włodarczyk: Spojrzę na linię rekordu

Przed kwalifikacjami rzutu młotem Anita Włodarczyk popatrzyła na linię dającą awans - 71 m i w pierwszej próbie uzyskała wynik lepszy o 9 cm. Przed niedzielnym finałem, w ostatnim dniu 13. mistrzostw świata, zamierza spojrzeć na linię rekordu globu (79,42).

- Może mnie to w jakiś sposób zmobilizuje i zmotywuje do walki. Finał na pewno będzie ciekawy. Wszystkie najlepsze zawodniczki awansowały do niego i trzeba będzie być skoncentrowanym do ostatniej kolejki - uważa broniąca tytułu lekkoatletka warszawskiej Skry.

Reklama

Rezultatów z eliminacji, w których najdalej rzuciła brązowa medalistka pekińskich igrzysk olimpijskich Chinka Zhang Wenxiu - 74,17, a Polka uplasowała się na siódmym miejscu, Włodarczyk nie chciała komentować.

- Myślę, że wszystkim zależało raczej na tym, by najmniejszym kosztem energii dostać się do finału. Trudno zatem ocenić dyspozycję rywalek. Myślę, że rzut około 75 metra może dać brąz. Na złoto będzie trzeba uzyskać rezultat o dwa, trzy metry lepszy. Na pewno będą małe różnice. Czy ja jestem w stanie taką odległość osiągnąć? Tego niestety nie wiem, ale próba z kwalifikacji nie była idealna, więc wierzę, że jestem w stanie uzyskać znacznie lepszy wynik - przyznała.

Najważniejsze dla Włodarczyk będą dwie rzeczy - brak bólu, który odczuwała niemal nieprzerwanie od dwóch lat oraz dobra technika.

- Wtedy powinno być dobrze. Nie myślę o medalu, a o tym, jak wejść do koła i poprawnie wykonać rzut. Jeśli nie pochylę bioder, wtedy młot na pewno dalej poleci. Cieszę się też przede wszystkim z tego, że nareszcie nie czuję żadnego bólu - powiedziała.

Receptą na sukces, sprawdzoną zarówno dwa lata temu w mistrzostwach świata w Berlinie (złoto), jak i przed rokiem w mistrzostwach Europy w Barcelonie (brąz), są... jajka.

- Przed eliminacjami zjadłam ich pięć. Postanowiłam, że zacznę tak jak w stolicy Niemiec. Nie myślałam jeszcze ile ich skonsumuję przed walką o medale. Może osiem, tak jak w Barcelonie? - wspomniała.

Na trybunach Włodarczyk będzie miała wsparcie ze strony m.in. rodziców, brata i kuzynostwa. - Po mistrzostwach w Berlinie, gdzie byli ze mną wszyscy mi bliscy ludzie, chciałabym, żeby byli na każdych moich ważniejszych zawodach. Również w tym roku przylecieli do Korei, żeby mnie dopingować - zaznaczyła.

Mistrzyni świata nie zamierza w pierwszym finałowym rzucie ryzykować. - On będzie na zaliczenie. Pierwsza próba jest zawsze najtrudniejsza. Jest wielki stres. W drugim i trzecim rzucie spróbuję pokazać na co mnie stać - dodała.

Podobnie jak większość polskich lekkoatletów - mistrz świata w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski, dyskobol Piotr Małachowski czy rzucający młotem Szymon Ziółkowski, także i Włodarczyk narzeka na problemy ze snem.

- Musiałam wziąć tabletki nasenne. Potem było już lepiej. W nocy i nad ranem trochę się denerwowałam. Nie wiedziałam, jak to wszystko wygląda. Zawsze eliminacje to najtrudniejsza część zawodów. Jak weszłam na stadiom, powrócił we mnie spokój. Usłyszałam kibiców, zobaczyłam, że fajna jest atmosfera i to mi pomogło - powiedziała.

W oczekiwaniu na start Włodarczyk dużo czasu spędzała na rzutni, ale... wirtualnej. - Gram na iPadzie. Mogę tam też rzucać młotem. Zawsze w wolnych chwilach muszę pokręcić. Trener Krzysztof Kaliszewski się śmieje, że wykonuję za dużo rzutów, ale jakoś mnie to uspokaja. Mam na niej rekord 92 metrów, jeszcze 100 centymetrów brakuje mi do najlepszego wyniku na świecie - przyznała.

Finał na stadionie w Daegu zaplanowano na niedzielę na godz. 11.15 czasu polskiego.

Marta Pietrewicz, Daegu

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Anitę Włodarczyk | Anita Włodarczyk | rzut młotem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje