Andrea Anastasi: Z Bartmanem poczekamy do ostatniej chwili

- Ten chłopak ma wszystkie papiery na to, by stać się najlepszym przyjmującym na świecie i wcale niedużo mu do tego brakuje. Jest jeszcze młody, a bezsprzecznie jest liderem reprezentacji, mimo że sam się przed takim określeniem broni - mówi o Bartoszu Kurku trener reprezentacji siatkarzy Andrea Anastasi.

Jakie problemy ma pan miesiąc przed mistrzostwami Europy?

Reklama

Andrea Anastasi: - Na szczęście dużych nie ma. Musimy w tej chwili mocno pracować, bo do poziomu, jaki chcemy reprezentować w Czechach i Austrii, jeszcze daleka droga. Mamy prawie cztery tygodnie, to sporo czasu. Czeka nas bardzo trudny turniej. Wiele drużyn jest na podobnym poziomie, a my staramy się, by osiągnąć wyższy. Zawodnicy są w pełni zaangażowani, trenują i nie narzekają. A drobne urazy? One zawsze są, ważne, żeby nie stało się nic poważnego.

Najgorzej wygląda kontuzja Zbigniewa Bartmana, której nabawił się w finałowym turnieju Ligi Światowej. Jest szansa, że wystąpi w ME?

- Jestem optymistą. Badania pokazują, że jest nieźle i noga w szybkim tempie się goi. Co tydzień zwiększa obciążenia na treningach, ćwiczy na siłowni i z piłkami, ale nadal nie skacze. A wiadomo, w pozycji atakującego właśnie ten element jest najważniejszy. Musimy jeszcze poczekać. Spędza też wiele czasu w basenie z fizykoterapeutą, by utrzymać formę fizyczną. Chciałbym, by do samego końca z nami został. W ostatniej chwili podejmiemy decyzję.

Pozostali zawodnicy są zdrowi?

- Raczej tak. Większych problemów nie ma. Sebastian Świderski po kontuzji kolana i Piotrek Gruszka po urazie barku już normalnie ćwiczą. Wykonują wszystko, a potem jeszcze pracują indywidualnie.

Nadal jednak największym problem wydaje się mieć pan z atakiem.

- To prawda. Sytuacja przez kontuzję Bartmana się jeszcze bardziej skomplikowała, ale nie do końca jest tak źle. I Jakub Jarosz i Gruszka wracają do formy. Czują się coraz lepiej na parkiecie. Sytuacja obu tych zawodników jest całkowicie inna. Piotrek walczy o powrót po kontuzji do formy, jaką miał chociażby dwa lata temu w Izmirze, gdzie został MVP turnieju. To jest i moje marzenie, ale czy się uda, trudno w tej chwili powiedzieć. Na treningach robi wszystko, jest potwornie zmęczony, to widać. Kuba formą błysnął już w ostatnich meczach finałowego turnieju LŚ. Teraz pracujemy nad tym, by uwierzył w siebie i stał się jednym z liderów drużyny. U niego to sprawa bardziej psychiki niż formy.

Nad czym dokładnie teraz pracujecie?

- Dzielimy trening na trzy etapy. Najważniejsza w tej chwili jest kondycja fizyczna. To bardzo żmudna praca i tego najbardziej nie lubią zawodnicy. Jest to jednak bardzo ważne, bo do baków wlewamy benzynę, która musi nam wystarczyć do 18 września. Dużo czasu poświęcamy także na doskonalenie techniki, a po południu często rozmawiamy o taktyce. Chcę, by każdy z siatkarzy zrozumiał, jaki mam pomysł na grę.

W jakiej formie są w tej chwili zawodnicy?

- Są bardzo zmęczeni i mam wrażenie, że czekają zawsze z niecierpliwością na piątek. Weekend mają wolny, więc w ciągu tygodnia dostają naprawdę w kość. Nie narzekają jednak, sam widzę, kiedy mają dość. Ten tydzień, który właśnie mija, był dla nich najtrudniejszy. Teraz będzie już z górki. W czwartek i piątek mamy już mecze towarzyskie z Francją, więc i trochę zajęcia będą lżejsze, choć niewiele.

Przed ME polscy siatkarze rozegrają pięć sparingów. Dwa z Francją w Ostrowcu Świętokrzyskim, a potem trzy w Memoriale Wagnera w Katowicach - z czwartą drużyną ubiegłorocznych mistrzostw świata Włochami, zwycięzcą tegorocznej Ligi Światowej Rosją i Czechami. Wystarczy?

- Myślę, że tak. Musimy mieć też czas na trening. Pięć spotkań to chyba idealna liczba.

Dobrze, że przed ME zmierzymy się z tak silnymi rywalami?

- Bardzo dobrze. Najważniejsze jest walczyć z najlepszymi. To pokazuje, na jakim poziomie znajduje się w danym momencie drużyna. Właśnie w walce z silnymi ekipami wychodzą na światło dzienne wszystkie mankamenty. Co z tego, że ze słabszym zespołem wygralibyśmy trzy zero i na ME pojechalibyśmy przekonani o swojej sile? To nie o to chodzi w meczach towarzyskich.

Po zajęciu historycznego dla Polski, trzeciego miejsca w LŚ powiedział pan, że może należy pracować jeszcze mocniej, by zwyciężać. Stosuje pan tę praktykę?

- Chyba tak, bo jak patrzę na zawodników, to wydaje mi się, że aż tak zmęczeni przed LŚ nie byli. Na pewno intensywność treningu jest teraz jeszcze większa. Czasem jest mi ich żal, ale wiem, że jeśli chce się do czegoś dojść to tylko ciężką pracą.

W Ergo Arenie w finałowym turnieju LŚ liderem ekipy był Bartosz Kurek. Rozgrywał niesamowite zawody, czy jest w stanie powtórzyć to w ME?

- Po cichu o tym marzę. Bartek jest zawodnikiem kompletnym. Nie znaczy to oczywiście, że nie musi ćwiczyć i się doskonalić, ale jak patrzę jak pracuje, nie mogę w to uwierzyć. Ten chłopak ma wszystkie papiery na to, by stać się najlepszym przyjmującym na świecie i wcale niedużo mu do tego brakuje. Jest jeszcze młody, a bezsprzecznie jest liderem reprezentacji, mimo że sam się przed takim określeniem broni.

Myślę, że po LŚ sam powoli zrozumiał, że jest obecnie najważniejszym ogniwem tej drużyny. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ani na chwilę nie zwalnia. Z każdego treningu wychodzi skonany, a za parę godzin zjawia się znowu, z uśmiechem na twarzy i czeka, co tym razem ma robić. Poza tym ma niesamowitą łatwość przebywania w grupie. Jest bezkonfliktowy, w każdym momencie dba o to, by to cała drużyna zyskiwała, a nie tylko on. Ponadto zawsze na parkiet wychodzi z wielkim szacunkiem dla przeciwnika. Bez znaczenia, czy gra przeciwko mistrzom świata Brazylii, czy niżej od Polaków notowanym zespołem.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Piotr Gruszka | Zbigniew Bartman | Andrea Anastasi | Bartosz Kurek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje