Ameryka przyjechała do Kaiserslautern

Takiej atmosfery Korei nawet wyobrazić sobie nie było można. Kiedy przed czterema laty obsługiwałem mistrzostwa świata w Japonii i Korei Południowej, doszedłem do wniosku, że urządzanie tak wielkiej imprezy w krajach, które dopiero się uczą futbolu nie ma większego sensu.

Tegoroczne mistrzostwa tylko to potwierdzają. Kiedy na głównym placu Kaiserslauten, przed wielkimi ekranami Fan Fest (takie imprezy są w każdym mieście goszczących rozgrywki podczas MŚ?2006) kilkanaście tysięcy Amerykanów zaśpiewało razem z puszczanym z CD Bruce'em Springsteenem "Born in the USA", śpiewali nawet ci w koszulkach... Argentyny, Czech i Ghany.

Reklama

Bo sportowe święto w Kaiserslautern zaczęło się na trzy godziny zanim piłkarze USA i Włoch wyszli na murawę Fritz-Walter Stadium. Krótko po godzinie trzeciej po południu, na placu zaczęły się pojawiać najpierw kilkuosobowe, a później kilkudziesięciosbowe grupki amerykańskich kibiców, szybko mieszając się z kilkuset Czechami i zaledwie kilkoma fanami Ghany dopingującymi trwający na wielkim ekranie mecz tych zespołów. Na okrzyki "Forza Italia" i "USA, USA" trzeba było czekać tylko do przerwy. Rozentuzjazmowani prowadzeniem reprezentacji Ghany Amerykanie szybko podłączyli się do kilku, owiniętych flagą kibiców, zagłuszając kilkusetosobową grupę Czechów. Kiedy mecz się skończył, na placu było ponad sporo 20 tysięcy amerykańskich kibiców i prawie tyle samo "tifosi", którzy jednym szpalerem, ruszyli w stronę metra i autobusów dowożących kibiców na stadion. Nie było bójek, nie było wzajemnych wyzwisk - tylko kibice kochający swoją dyscyplinę

A jak można opisać to, co działo się na stadionie? Dość powiedzieć, że kiedy chciałem zamienić choćby kilka słów z siedzącym obok kolegą z "Washington Post", zdarłem sobie gardło. Tak jak kibice USA, który odśpiewali hymn tego kraju w najlepszym stylu polskich kibiców z lat siedemdziesiątych. Wspaniała scena, która przynajmniej przez chwilę pozwala mieć nadzieję, że piłka nożna ma jednak szansę w USA. Ale tylko przez chwilę.

Nie ma jak rodzinka?

Jak można wytłumaczyć metamorfozę drużyny USA, która przeciwko Czechom wyglądała jak zespół niespecjalnie zainteresowany grą, a przeciwko Włochom "gryzła trawę" przez 90 minut, a na dodatek przez 45 minut musiała grać przeciwko drużynie mającej w składzie jednego więcej piłkarza? Można powiedzieć, że krytyka Bruce?a Areny, lepsze ustawienie zespołu, ale prawda leży chyba gdzie indziej. Na sześć godzin przed meczem z Włochami w Ramstein Air Base wylądował czarterowy samolot ze Stanów, który przywiózł ponad 350 przyjaciół i członków rodzin reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Piłkarze zrobili im niespodziankę pojawiając się na pierwszym posiłku, a rodziny i przyjaciele zrewanżowali się tym samym, urządzając im owację podczas wyjazdu z bazy do Kaiserslautern. No i było 1:1. Teraz Bruce Arena musi wymyślić coś równie stymulującego na 22 czerwca, kiedy odbędzie się decydujący o losach kadry USA mecz Ghaną w Norymberdze.

PGarczarczyk z Kaiserslautern

Zobacz wyniki i tabelę grupy E

Zobacz galerię z meczu Czechy - Ghana

Dowiedz się więcej na temat: impreza | mecz | Ameryka | USA | Kaiserslautern

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje