Adam Małysz: Często chciałem powiedzieć: dajcie mi wszyscy spokój

Jako młody zawodnik nie byłem przygotowany na taki sukces. Wygrana spadła na mnie gwałtownie, miałem z tym problem, uciekałem przed dziennikarzami, a oni nie dawali mi trenować. Często chciałem powiedzieć: dajcie mi wszyscy spokój - mówi w Przesłuchaniu w RMF FM Adam Małysz.

Agnieszka Burzyńska: Od pół roku na narciarskiej emeryturze. Nuci pan sobie czasem, że wesołe jest życie staruszka, czy czegoś jednak brakuje?

Reklama

Adam Małysz: - Nie, myślę, że nie brakuje. Szybko przeszedłem w inny sport, który również bardzo mnie fascynował. Wcześniej nie miałem czasu na rajdy, ale zawsze to była moja pasja i cieszę się, że mogę dalej się realizować.

A wycieczki pod dom wciąż zajeżdżają, czy natężenie ruchu autokarowego zmniejszyło się?

- Na pewno wielkim plusem jest to, że od paru lat istnieje galeria, w której są moje trofea, gadżety i to pomogło, bo jest to kolejny punktu atrakcji w Wiśle. Wycieczki mogą przyjechać, zobaczyć te wszystkie nagrody. Nie dochodzi już do takich sytuacji jak kiedyś, gdy pani chciała wtargnąć do mojego domu, bo powiedziała, że ona musi zobaczyć te wszystkie puchary i Kryształową Kulę za zwycięstwo w generalnej klasyfikacji Pucharu Świata, bo to jest jakby wspólne, narodowe.

A słyszy pan czasem okrzyk: "Adam wróć"?

- Na samym początku były takie okrzyki. Kiedy pierwszy raz startowałem w rajdzie Drezno - Wrocław to pojawiały się takie hasła, ale to raczej nie chodziło o to, żeby sprawić mi przykrość, ale dlatego, że ludzie są przywiązani do tego, że zawsze byłem skoczkiem narciarskim, a teraz robię coś innego.

Jeżeli nie obejmiemy wszystkich naszych młodych, zdolnych skoczków ujednoliconym szkoleniem na dobrym poziomie, nie ma co liczyć na sukcesy - mówił pól roku temu Wojciech Fortuna. Dodawał, że nie widzi godnego następcy Małysza. U progu nowego sezonu narciarskiego pan widzi, czy nie?

- Ja myślę, że Wojtek się trochę pospieszył. Może, jeśli chodzi o to całe młode zaplecze, gdzie naprawdę trzeba wiele wysiłku, dużo trenerów, dużo skoczni - zwłaszcza tych małych, żeby to młode zaplecze miało możliwość treningu. Jeśli chodzi o seniorów i juniorów myślę, że mamy dosyć duże zaplecze. Przykładem jest Kamil Stoch.

A poradzi sobie z tą presją? Bo letnie konkursy to nie zimowe. Zimą kilka milionów Polaków zasiądzie przed telewizorem i będzie czekać na narciarski rosół, czyli zwycięstwa. Poradzi sobie?

- Kamil wygrał już parę konkursów Pucharu Świata, nie tylko w lecie, ale i w zimie. Także na pewno predyspozycje do tego ma idealne. Zresztą jest to zawodnik, który już wiele pokazał i pewnie jeszcze wiele pokaże. Jeśli chodzi o samą presję, to na pewno najważniejsze jest to, żeby koło niego kręciły się takie osoby, które mu będą przyjazne i które go będą wspierać. Myślę, że to jest najważniejsze nie wtedy, gdy się jest w formie, tylko jak przychodzi lekki kryzys i coś nie idzie. Wtedy naprawdę są potrzebni tacy ludzie.

A jest takie ryzyko, że tych ludzi nie będzie?

- Myślę, że w takim najbliższym otoczeniu Kamila nie ma takiego ryzyka. Jednak trenerzy i rodzina są mu bardzo przyjaźni i bardzo dobrze nastawieni do tego, żeby mu pomagać. Nie wiem, jak by to wyglądało w stosunku do kibiców. Myślę, że kibice przede wszystkim bardzo dużo się nauczyli, bo wiem dokładnie, jak na samym początku było ze mną. Że też były takie głosy, żebym sobie dał spokój, że się nie nadaję już, a później kibice byli ze mną na dobre i na złe.

Zawsze mnie to właśnie ciekawiło, jak Adam Małysz, dźwigając na plecach kompleksy i marzenia milionów Polaków, w ogóle dawał radę odbić się od ziemi? Jak to było możliwe?

- To jest bardzo trudne pytanie. Tego nie da się chyba do końca wytłumaczyć. Myślę, że przede wszystkim to wynika z wychowania, z tego, co wyniosłem z domu. Druga sprawa jest taka, że w sezonie 1996-1997 wygrałem łącznie trzy konkursy Pucharów Świata i wtedy to spadło na mnie bardzo gwałtownie, ja miałem z tym wielki problem. Uciekałem przed dziennikarzami, nie chciałem nikogo widzieć, bo to na mnie działało bardzo negatywnie. Oni w ogóle nie dawali mi trenować, non stop prosili o jakieś wywiady, non stop stop coś ode mnie chcieli. Ja jako młody zawodnik nie byłem na to przygotowany.

No właśnie, ile razy miał pan ochotę powiedzieć: Dajcie mi wszyscy spokój, nie jestem maszyną, odczepcie się, żyjcie własnym życiem?

- Często tak było. Może ja tego na zewnątrz nie okazywałem, ale były takie momenty, że miałem już wszystkiego dosyć i chciałem wszystko rzucić w cholerę. Ale jakoś tam zawsze wyładowywałem to w inny sposób.

A jak idzie prawdziwie męska przygoda? Jak odnajduje się Adam Małysz w roli rajdowego macho?

- Myślę, że to nie jest do końca pytanie do mnie. To pytanie należy zadać ludziom, którzy mnie przygotowują do tego. Z mojego punktu widzenia wygląda to całkiem nieźle. Cały czas robię postępy i idę do przodu. Karierę kierowcy zacząłem dopiero w kwietniu, także cały czas się uczę i będę się jeszcze bardzo długo uczył, bo to nie jest takie proste.

A startuje pan w RMF Morocco Challenge czy nie?

- Będziemy w Maroko, ale nie do końca będziemy startować. Raczej będzie to trening narodowy. Bo ci zawodnicy, którzy mają licencję Polskiego Związku Motorowego, nie mogą startować w zawodach, które nie są licencjonowane.

Czyli będzie pan walczył dopiero w Rajdzie Dakar, gdy młodsi koledzy będą zmagać się na Turnieju Czterech Skoczni. Jakieś ambicje, oprócz tego, żeby dojechać?

- Na pewno ambicje są bardzo duże. Ale przede wszystkim te niektóre ambicje jakiejś walki trzeba głęboko schować, dlatego że to jest bardzo ciężki rajd i bardzo często można popełnić błędy. Jest się zmęczonym, jedzie się tysiące kilometrów dziennie i naprawdę trzeba być bardzo wytrzymałym, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Cały czas uczymy się tego, że to nie jest tak, jak na rajdach Baja, rajdach mistrzostw Polski czy mistrzostw świata, gdzie się bardzo ścigamy. Na Dakarze trzeba raczej dotrzeć do celu, czyli jechać bardzo rozsądnie i z głową.

A takie wypadki jak dachowanie nie odbierają ochoty na tę przygodę?

- Nie, ja myślę, że przede wszystkim ten dach pokazał też w jakimś stopniu, że ten sport - mimo takiego wypadku, który wydawał się groźny - nie jest taki groźny. To jest samochód przygotowany do takich rzeczy i każdy z kierowców rajdowych przynajmniej raz, dwa, trzy, a nawet i dziesięć razy dachował. Każde to dachowanie było zupełnie inne, ale kierowcy nabierali też przez to wiele doświadczenia.

A żona nie protestuje? Gdyby Izabela Małysz powiedziała: "Albo rajdy, albo ja", to co?

- To bardzo trudne pytanie, na pewno. Żona bardzo protestowała na początku. Teraz może jest troszkę lepiej, ale cały czas odczuwam to, że jednak nie do końca akceptuje to, co robię. Jest to na pewno niebezpieczny sport, to jest jedna sprawa. Ja zawsze staram się tłumaczyć, że skoki również były niebezpiecznym sportem.

To prawda.

- Staram się ją przekonać do tego, że to jest moja pasja i gdybym się nie kierował tym, co chcę robić w życiu, czyli tymi pozytywnymi rzeczami, to ciężko by mi było na pewno żyć, przede wszystkim w tym momencie, po 27 latach uprawiania skoków narciarskich.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje