Adam Małysz: Anioły mnie poniosły

Adam Małysz w sobotę po raz drugi odebrał w Whistler srebrny medal olimpijski. Przyznał, że oba chętnie zamieniłby na jedno złoto, ale zwycięzca obu konkursów - Szwajcar Simon Ammann - "grał w innej lidze".

Pokochał pan srebro?

Reklama

Adam Małysz: Nie miałem wyjścia. Każdy widział doskonale w jakiej formie tutaj był Simon Ammann. Dla mnie było to marzenie, by zdobyć kolejny medal i wręcz prosiłem Boga z całego serca o to, by mnie anioły poniosły. Jestem niezmiernie szczęśliwy.

W pierwszej serii wiatr się zmienił tuż przed pana skokiem.

- Na tyle się zmienił, że nie chcieli mnie puścić. Myślę, że jak jest się w formie to i opatrzność nad tym czuwa. Bałem się potwornie tego, że na dużej skoczni zacznie bardzo kręcić wiatrem. Tu bardzo niewielkie różnice dają tak wiele, że liczyłem na równe warunki lub na szczęście. W pierwszej serii się udało i szło odlecieć na tyle punktów, by być spokojnym przed drugim skokiem.

Nerwy były?

- Na pewno były, ale cały czas się uspokajałem, że mam dużą przewagę. Do Simona zabrakło bardzo dużo. To grał tutaj w zupełnie innej lidze.

Dzięki wiązaniom?

- Trudno koncentrować się teraz na jego zapięciach. Może i one coś tam dają, ale trzeba być w wysokiej formie, by skakać dobrze i daleko. Jestem niezmiernie szczęśliwy z tych dwóch krążków. Również cieszy mnie, że wracamy do kraju już w tym momencie z rekordową liczbą medali z zimowych igrzysk. A tych szans jeszcze trochę mamy.

W drużynowym konkursie skoczków też?

- Mam nadzieję, że będzie nam sprzyjało szczęście i się uda. Chłopaki się postarają i będziemy niezmiernie zadowoleni.

Czy te gesty po drugim skoku, całowanie nart, uklęknięcie, to było wyreżyserowane?

- To był spontan. Czekałem długo na górze i nie wiedziałem ile skoczył Gregor Schlierenzauer czy Andreas Kofler. Tylko po reakcji publiczności wiedziałem, że musiało być daleko. Z drugiej strony wiedziałem, że moja przewaga jest duża, ale wiatry potrafią sprawić psikusa.

Czy jest pan spełnionym sportowcem?

- Myślę, że tak. Pewnie pojawią się głosy, że nie mam olimpijskiego złota, ale - jak już wspomniałem - był tu jeden gość, który grał w innej lidze. Trudno było wybić go z równowagi. Dlatego dla mnie te dwa srebra są prawie jak złoto. Na pewno bym zamienił je na jeden złoty.

Przed pierwszym skokiem, kiedy sędziowie zatrzymali pana na belce, trener Hannu Lepistoe był bardzo zdenerwowany...

- Widziałem jak machał chorągiewką. On czasem to wszystko bardziej ode mnie przeżywa i musiałem zachować spokój. Gdybym temu uległ, pewnie bym nie skoczył. Jak zawodnik zaczyna się denerwować takimi rzeczami to nogi miękną. Widziałem z kolei, że muszę poczekać. Potem zobaczyłem, że jest fajnie, więc jak tylko się osłabi pewnie mnie puszczą.

Udowodnił pan, że nawet 32-latek może osiągać wspaniałe wyniki...

- Często słyszałem, że skoki to nie jest sport dla starych ludzi. Udało mi się pokazać, że to jest dyscyplina dla ludzi, którzy chcą walczyć. Bez względu na wiek. Myślę jednak, że musiałem wykonać większą pracę niż jak się jest młodym. Wtedy skacze się często na świeżości, organizm cały czas się rozwija i czegoś uczy.

Z Whistler - Marta Pietrewicz

Czytaj też:

Małysz zdobył srebro na skoczni K-125. Złoto dla Ammanna

Szczęśliwa czwórka Adama Małysza

Polacy rządzili na skoczni w Whistler

Tajner: Niech Adam dotrwa do Soczi

Wojciech Fortuna: Adam jest niezawodny!

Simon Ammann - król skoków

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje