Adam Galant - zapomniany fenomen

Starsi kibice lekkiej atletyki jeszcze go zapewne pamiętają, ale dla młodszych jest postacią anonimową. Przed prawie 40 laty fachowcy widzieli w nim rekordzistę świata. Dziś 59-letni wałbrzyszanin Adam Galant jest w bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej.

Sportową karierę rozpoczynał w Zgorzelcu, skąd w 1971 roku, w wieku 19 lat, trafił do Górnika Wałbrzych. Od początku zapowiadał się na znakomitego płotkarza na krótszym dystansie i niewiele brakowało, a pojechałby do Monachium na igrzyska olimpijskie. Miał rzadko spotykane predyspozycje fizyczne i wyjątkowy hart ducha. Jednak los nie obszedł się z nim łaskawie.

Reklama

- Znalazłem się w grupie trenera Andrzeja Radiuka z braćmi Leszkiem i Mirosławem Wodzyńskimi oraz Markiem Jóźwikiem. To była wtedy jedna z najmocniejszych grup płotkarzy w Europie. Do Monachium nie pojechałem. Trener zarządził wewnętrzne eliminacje. Po czterech biegach zajmowałem drugie miejsce, ale w dwóch z powodu choroby nie uczestniczył Jóźwik i wszystko zależało od meczu Polska-Francja. Za bardzo się spiąłem i byłem czwarty, więc na igrzyska wytypowano trójkę moich rywali - wspomniał Galant.

Krótko potem były mistrzostwa Polski w Warszawie, gdzie wałbrzyszanin był drugi za Leszkiem Wodzyńskim, który ustanowił rekord kraju wynikiem 13,4 (pomiar ręczny), a przed nominowaną na Monachium dwójką.

- Radiuk nie chciał złamać ustalonego regulaminu i wcześniejsza decyzja pozostała w mocy. Może wpłynął na nią też fakt, że Wodzyńscy i Jóźwik byli zawodnikami klubów pionów wojskowego i milicyjnego, bardzo wtedy wpływowych. Słyszałem też opinie: jesteś jeszcze młody, masz czas na olimpijski występ. I zostałem w kraju. Jak się później okazało, była to pierwsza i jednocześnie ostatnia szansa startu w igrzyskach - przypomniał Galant, którego rekord życiowy w biegu na 110 m przez płotki wynosi 13,66.

Po latach Radiuk przyznał: - Adam był olbrzymim talentem. Moi niemieccy koledzy twierdzili: Posiadasz przyszłego rekordzistę świata. Złoty medal w Monachium zdobył Amerykanin Rod Milburn, srebrny Francuz Guy Drut, który był zdziwiony brakiem Polaka.

- Przed zawodami podobno mówił, że byłem dla niego największym zagrożeniem. Miałem wtedy dynamit w nogach, systematycznie poprawiałem wyniki i stać mnie było na medal. Jeden z dziennikarzy napisał przed igrzyskami Fortuna nie jedzie do Monachium, co było aluzją do niespodziewanego wyczynu naszego skoczka narciarskiego kilka miesięcy wcześniej w Sapporo, w którego możliwości nie wierzono i niewiele brakowało, by na olimpiadę nie pojechał - powiedział Galant.

Rok 1973 zaczął obiecująco. W Rotterdamie wywalczył srebrny medal halowych mistrzostw Europy w biegu na 60 m przez płotki, a w mistrzostwach Polski w Zabrzu pokonał braci Wodzyńskich i Jóźwika. Potem były zawody ligowe w Krakowie. Chcąc pomóc klubowi, wystąpił w konkursie skoku w dal. W pewnym momencie poczuł silny ból w prawej nodze, która zrobiła się krwawosina.

- Postąpiłem nierozważnie, chociaż startu zakazał mi trener Radiuk - przyznał. Pierwsza lekarska diagnoza - naderwanie mięśnia, okazała się mylna. Jak się później okazało, nastąpił odprysk kości udowej, z którym zawodnik chodził kilka miesięcy, a stan nogi stale się pogarszał.

W Lublinie chirurdzy mało tego, że go nie wyleczyli, to jeszcze podczas operacji uszkodzili nerw udowy. Noga przeobraziła się w bezwładną kłodę drewna - informowały media. Lekkoatlecie groził inwalidzki wózek.

"Operacja się udała, pacjent okulał" - ponuro drwił w "Szpilkach" satyryk Józef Prutkowski. Żadną pociechą nie był fakt zasądzenia od Akademii Medycznej w Lublinie kwoty 35 tys. zł (była ona wtedy równoznaczna z półtorarocznymi zarobkami początkującego nauczyciela). Galant rok przeleżał w szpitalach. Kolejną operację przeszedł w Łodzi.

Po latach trener Radiuk podzielił się istotną informacją. - Operacja wykazała, że Adam miał ilość białych włókien mięśniowych, szybko kurczących się, niespotykaną u białego człowieka. Ludzie w nie wyposażeni, są lepiej przygotowani do wysiłków krótkich, dynamicznych, intensywnych. Galant był więc fizycznym fenomenem, co przy jego waleczności i ambicji mogło zaowocować nawet rekordem świata.

Po leczeniu i długiej rehabilitacji w Konstancinie, którą przechodził z Włodzimierzem Lubańskim, próbował wrócić na bieżnię w 1975 r. z nadzieją na występ w igrzyskach w Montrealu. Ale szybko okazało się, że kontuzja poczyniła zbyt duże spustoszenia w jego organizmie. W Górniku Wałbrzych biegał jeszcze do 1979 r. Mając 27 lat musiał jednak zakończyć wspaniale zapowiadającą się karierę.

Później różnie plotły się jego losy. Ukończył studia na Politechnice Warszawskiej, uzyskał uprawnienia trenera II klasy na AWF w Poznaniu, ale przeżyta tragedia pozostawiła piętno na jego osobowości. Od kilkunastu miesięcy szuka pracy.

- Jestem załamany. W Wałbrzychu w ogóle są wyjątkowe trudności ze znalezieniem stałego zajęcia, a ja na dodatek mam na karku sześćdziesiątkę. Kto zatrudni starszego pana? Pozostają mi długie spacery z psem Maurycym - stwierdził z goryczą.

Przypadek Galanta zainspirował Ryszarda Parulskiego, byłego słynnego szermierza, do utworzenia Fundacji "Gloria Victis", pomagającej zawodnikom nie z własnej winy wyrzuconym poza sportowe areny.

- Tak się jednak złożyło, że inni otrzymywali różne kwoty, a mnie pominięto - zaznaczył z żalem.

Telewizyjny "Poltel" pokazał życie Galanta w dwóch filmach: "110 metrów samotności" oraz "Gloria Victis".

- Gdybym wrócił z Monachium z medalem, miałbym olimpijską emeryturę. Ale co się stało, to się nie odstanie, życie jest nieprzewidywalne - wspomniał w smutnym nastroju Adam Galant, którego sytuacja ekonomiczna, jak również niepracującej żony, jest dramatyczna.

Rozmawiał Andrzej Basiński

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: lekkoatletyka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje